Brytyjska waluta ostatnio nie ma dobrej passy. Od połowy listopada do wczoraj szterling stracił względem amerykańskiego dolara aż 11% i był najtańszy od maja 2009 roku. Główną przyczyną deprecjacji funta jest fatalny stan brytyjskich finansów publicznych. Rząd Gordona Browna chcąc łagodzić skutki najgłębszej recesji w powojennej historii Wielkiej Brytanii zwiększył wydatki i obniżył podatki. Zaowocowało to gigantycznym deficytem budżetowym, szacowanym w tym roku na 13% brytyjskiego PKB.
Nagle rynki finansowe uświadomiły sobie, że sytuacja Zjednoczonego Królestwa jest równie tragiczna jak Grecji. Tymczasem według ostatnich sondaży zbliżające się wybory parlamentarne doprowadzą do utworzenia rządu mniejszościowego, któremu bardzo trudno będzie przeprowadzić konieczne reformy.
Dlatego też dziś nad Tamizą z wielką ulgą przyjęto doniesienia z Aten. Grecki rząd zadeklarował, że podwyższy stawkę VAT-u z 19% do 21% i o 30% ograniczy premie świąteczne wypłacane pracownikom budżetówki. Ma to zmniejszyć tegoroczny deficyt budżetowy o 4,6 mld euro, czyli o jakieś 2% greckiego PKB.
Funtowi pomogły też spekulacje o możliwym fiasku zapowiedzianej w poniedziałek fuzji w branży ubezpieczeniowej. Brytyjski Prudential ma bowiem zapłacić 35,5 mld $ za azjatycką część amerykańskiego upadłego giganta AIG. Dla rynku walutowego oznaczałoby to jednorazowy wzrost popytu na dolary i zarazem wzmożoną podaż funtów.
Oprócz tego szterlingowi sprzyjają dziś dane gospodarcze: indeks koniunktury w sektorze usług wzrósł mocniej od oczekiwań. Poprawiły się także nastroje w branży budowlanej – poinformowała Nationwide Building Society.
W środę o godzinie 14:40 jednego funta można było zamienić na 1,5059 dolara, czyli o 0,7% więcej niż wczoraj. Względem euro brytyjska waluta zyskiwała 0,2%.
K.K.




























































