Przed otwarciem analitycy kreślili dwa scenariusze. Słaba końcówka czwartkowej sesji zdradzała chęć do realizacji zysków i spadkowej korekty całkiem pokaźnych wzrostów z początku tygodnia. Z drugiej strony bliskość tegorocznych maksimów wręcz prowokowała byki do ataku. Wydawało się, że statystycznie pechowy dla akcji październik gracze zechcą przekornie uczcić nowymi rekordami.
Jednak w trakcie sesji nic wielkiego się nie wydarzyło. Po spadkowym otwarciu indeksy momentalnie wyskoczyły nad kreskę i pozostały w bezruchu do ostatniej godziny handlu, która przyniosła spodziewany atak byków. Sukces optymistów był jednak co najwyżej połowiczny: indeks S&P500 znów dotarł do poziomu 1.070 punktów, zaś Dow Jones ledwie poprawił tegoroczny rekord.
Ostatecznie S&P500 zakończył dzień na poziomie 1.071,47 pkt. po wzroście o 0,56%. Nasdaq urósł o 0,72%, kończąc dzień z wynikiem 2.139,28 pkt. Jako jedyny z nowym rekordem zameldował się jedynie DIJA, który zyskał 0,8%. W ciągu całego tygodnia S&P500 poszedł w górę o 4,5%, Nasdaq wzrósł o 4,1%, zaś Dow Jones o 4%.
Mimo braku przełomu na giełdowych parkietach spory ruch panował na rynku długu: rentowności długoterminowych obligacji skarbowych wzrosły po przeszło 13 punktów bazowych, czemu towarzyszyło umocnienie dolara wobec euro. Zupełnie jakby inwestorzy uwierzyli szefowi Fed, iż ten nie zawaha się podwyższyć stóp procentowych. Jak na razie we wczorajszym przemówieniu Bernanke powtórzył tylko, że zerowa stawka funduszy federalnych zostanie utrzymana „przez dłuższy okres czasu”.
Bez echa przeszły za to dane o bilansie handlowym USA. Zaskakujący spadek deficytu ( do 30,7 mld $) amerykańska gospodarka zawdzięcza redukcji importu, co raczej nie jest dobrym sygnałem. Małym pozytywem jest za to systematycznie rosnąca wartość eksportu – sierpień był czwartym z rzędu miesiącem wzrostu tego wskaźnika.
K.K.































































