Stopy zwrotu z nowojorskich indeksów za ostatnie pięć dni mogą robić wrażenie. S&P500 urósł o 7,1%, gładko docierając w pobliże maksimów z połowy czerwca. Nasdaq po zwyżce o 7,4% znalazł się najwyżej od października 2008 roku, zaś DJIA zarobił blisko 600 punktów, czyli 7,3%.
O ile jednak rezultaty Google, IBM-a (wzrost kursu o 4% - najlepszy dziś walor w gronie blue chipów), Goldman Sachs czy JP Morgan były wyraźnie pozytywne (tj. dużo wyższe od prognoz analityków i lepsze niż przed rokiem), to już liczby przedstawione przez General Electric rozczarowały wielu inwestorów, a kurs spółki uważnej za amerykańską gospodarkę w pigułce obniżył się o 5,7%. Zysk netto GE w drugim kwartale spadł o 47% r/r i wyniósł 2,86 mld $. W przeliczeniu na jedną akcję daje to kwotę 26 centów, czyli o dwa centy więcej od oczekiwań. Ale obroty koncernu były o prawie trzy miliardy niższe od prognoz i po obniżce o 17% ukształtowały się na poziomie 39,1 mld $.
Rynek z dużą ostrożnością (i słusznie) podszedł do wyników banków, które jesienią przed bankructwem uratował rząd USA. Największy pod względem depozytów i aktywów bank w Stanach Zjednoczonych – czyli Bank of America – odnotował zysk w kwocie 3,2 mld $, czyli tylko o 5,5% mniejszy niż przed rokiem. Ale po pierwsze firma musiała wydać 713 mln $ na spłatę odsetek od rządowych akcji. Po drugie do wyniku doliczono pięć miliardów dolarów ze sprzedaży udziałów w China Construction Bank. I po trzecie wartość straconych kredytów wyniosła 13,88 mld $ i była równie wysoka co w pierwszym kwartale. Kurs Bank of America spadł o 2%.
Równie ambiwalentne wyniki przedstawił Citigroup. Na papierze wszystko wyglądało świetnie: zysk netto wyniósł 4,3 mld $ wobec straty 2,5 mld $ rok wcześniej. Ale w tej kwocie znalazło się 6,7 mld $ ze sprzedaży połowy udziałów w spółce Smith Barney. Podobnie jak w przypadku BofA pogarsza się też jakość aktywów: rezerwy na złe długi wyniosły 3,9 mld $ i już 5,6% portfela kredytowego bank uważa za stracone. Notowania Citigroup obniżyły się o 1%.
Generalnie do raportów kwartalnych dużych amerykańskich banków należy podchodzić ostrożnie po tym, jak w lutym zezwolono im na kreatywną księgowość – spółki finansowe mogą wyceniać mało płynne (czytaj: toksyczne) instrumenty nie przy użyciu wartości rynkowej, lecz własnych modeli matematycznych. Poza tym w bankowości zaznacza się pewien trend: gracze z Wall Street notują rekordowe przychody z bankowości inwestycyjnej, natomiast ponoszą coraz większe straty na klasycznej działalności kredytowej. Wraz ze wzrostem stopy bezrobocia rezerwy na stracone kredyty będą rosły, a mniejsze banki (a jest ich w USA ponad osiem tysięcy) pozbawione dostępu do rynków kapitałowych znajdą się w poważnych tarapatach.
Za to dziś sektorowi bankowemu pomogła nieoficjalna informacja, że stojący na skraju bankructwa CIT Group prowadzi rozmowy z JPMorgan oraz Goldman Sachs w sprawie uzyskania awaryjnego finansowania. Notowania CIT podskoczyły o 70%. Choć spółka może się pochwalić 101-letniej historią i jest ważnym pożyczkodawcą dla małego i średniego biznesu, to rząd federalny odmówił jej wsparcia, jakiego jesienią udzielił bankom z Nowego Jorku.
Warto jeszcze wspomnieć o danych z budownictwa mieszkaniowego, które pozytywnie zaskoczyły ekonomistów. W czerwcu liczba nowych budów w ujęciu zanualizowanym sięgnęła 582 tys., wobec prognoz na poziomie 540 tys. W górę zrewidowano też dane za kwiecień i maj. Jednak należy pamiętać, że mieszkaniówka w USA odbija się po dramatycznym załamaniu - obecnie buduje się połowę tego co przed rokiem i ledwie jedną czwartą tego, co w roku 2006.
K.K.



























































