Rozpoczęta w połowie stycznia fala spadków na nowojorskich giełdach chyba nikogo nie zaskoczyła. Największe niedźwiedzie o przecenie mruczały już od kilku miesięcy, a wielu analityków zwracało uwagę na rozczarowanie inwestorów wynikami kwartalnymi spółek, które przecież w przeważającej mierze okazały się „lepsze od oczekiwań”. Mimo to ze swych wielomiesięcznych szczytów indeks S&P500 zaliczył spadek o blisko 10%, co było najpoważniejszą przeceną od początku rozpoczętej w marcu 2009 fali wzrostów. Ale od minimów z początku miesiąca S&P500 skorygował przeszło 60% ostatnich spadków, co dodało otuchy posiadaczom akcji. Na rynku zaczęły się pojawiać opinie, że to koniec korekty i że czekają nas nowe szczyty i dwucyfrowe stopy zwrotu za cały rok.
Tyle że ten optymistyczny scenariusz czeka konfrontacja z twardą rzeczywistością i wygórowanymi oczekiwaniami wielu uczestników rynku. Tymczasem pewna i to dość znacząca grupa mocno powątpiewa we wzrosty i stawia spore pieniądze na obóz niedźwiedzi. Tzw. duzi spekulanci (non-commercials) handlujący kontraktami terminowymi na indeks S&P500 od początku roku otworzyli w sumie 67,5 tysiąca krótkich pozycji (każdy kontrakt opiewał średnio na ok. 275.000$). Według najświeższych danych grupa profesjonalnych inwestorów (głównie fundusze hedgingowe i zawodowi traderzy) mogła się pochwalić krótką pozycją netto na tym instrumencie opiewającą na 67.908 kontraktów – to najwięcej w tym stuleciu.
Notowania S&P500 (prawa oś) oraz pozycja netto spekulantów (lewa oś).
Pojawia się więc pytanie o wnioski płynące z tej obserwacji. Otóż zawodowi spekulanci „shortowali” amerykańskie akcje już od czerwca 2009 roku. Wówczas odwrócenie pozycji netto (z długiej na krótką) zwiastowało początek letniej korekty. Jednak w lipcu indeksy dość sensacyjnie zawróciły i skierowały się na północ, do stycznia rosnąc w sumie aż o 30%. To jednakże nie zniechęciło „niekomercyjnych”, który przez te wszystkie miesiące wzrostów konsekwentnie grali na krótko. Zawahali się tylko raz: na początku stycznia część graczy dała się zwieść noworocznej euforii, zamykając wiele stratnych pozycji. Ale był to fałszywy „sygnał kupna” i gdy ostatni pesymiści skapitulowali, rynek dynamicznie ruszył na południe. Ten ruch zaowocował rekordową pozycją krótką po stronie profesjonalnych spekulantów.
Notowania S&P500 (prawa oś) oraz pozycja netto spekulantów (lewa oś).
Na każdym innym rynku monitorowanym przez amerykański nadzór giełdowy taka sytuacja kazałaby się spodziewać wzrostów. Inwestorzy realizujący zyski z krótkich pozycji musieliby odkupić kontrakty, co prowadziłoby do wzrostu cen. Jednakże obserwowana przez nad grupa jest stosunkowo nieliczna (odpowiada tylko za 30% LOP) i sama raczej nie jest w stanie pokierować całym rynkiem (w tym także znacznie płynniejszym rynkiem kasowym na NYSE i Nasdaqu). W przeszłości zachowania zawodowych graczy pozwalały przewidzieć wydarzenia na amerykańskich parkietach. Nagłe odwrócenie pozycji w maju 2007 roku ostrzegało przed spadkami z lipca i sierpnia i zwiastowały początek bessy. Z drugiej strony ekstremalna pozycja długa z października 2008 zapowiadała silne (lecz nietrwałe) odbicie. Za to zupełnie nietrafionym sygnałem były krótkie pozycje traderów w lutym 2009. Skuteczność tego wskaźnika nie jest więc rewelacyjna, ale nad takim pesymizmem istotnej grupy inwestorów nie można przejść obojętnie.
W mojej opinii ta rekordowo duża krótka pozycja amerykańskich traderów jest potwierdzeniem tezy, że trwające od dwóch tygodni wzrosty są jedynie korekcyjnym odbiciem po przecenie z końcówki stycznia i początku lutego. Już najbliższe dni przyniosą odpowiedź na pytanie, czy giełdowe byki zdołają sforsować okolice poziomu 1100 punktów czy też indeks S&P500 podąży w stronę trzycyfrowych wartości.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl






























































