Przy okazji noworocznego sporu pomiędzy lekarzami a rządem na czołówki serwisów informacyjnych powróciły takie frazy jak „służba zdrowia” czy „opieka medyczna”. Już najwyższy czas zacząć nazywać rzeczy po imieniu.


W całej sprawie mało komu chciało się dociekać, o co tak naprawdę chodzi. A gdy nie wiadomo, o co chodzi, to niemal zawsze chodzi o pieniądze. Jeśli dodatkowo nie bardzo wiadomo o czyje, to już niemal pewne jest, że o Twoje. Tak też było i tym razem.
Lekarze – będący z ekonomicznego punktu widzenia prywatnymi przedsiębiorcami zarabiającymi na państwowych kontraktach – dostali podwyżkę – średnio o 3,8%. Rząd za nasze pieniądze zapewnił sobie spokój w roku wyborczym. Czy pacjenci na tym skorzystają? Śmiem wątpić.
Przeczytaj także
Ale fakt, iż w „darmowej służbie zdrowia” ktoś spiera się o pieniądze, powinien niepomiernie dziwić. No bo skoro „darmowa” i „służba”, to po co w ogóle te pieniądze? Zatem najwyższy czas rozprawić się z równie powszechnymi, co fałszywymi, określeniami państwowego sektora medycznego.
Zobacz także
Mit darmowości
„W gospodarce nie ma darmowych obiadów” – rzekł Milton Friedman. Stwierdzenie to dotyczy wszystkich dóbr ekonomicznych – za wszystko ktoś prędzej czy później musi zapłacić. A to dlatego, że nikt (albo przynajmniej mało kto) nie jest gotowy pracować bez zapłaty.

Za rzekomo „darmowe” usługi medyczne płacimy w postaci tzw. „składki zdrowotnej” będącej faktycznie podatkiem od pracy. I nie są to małe pieniądze. Tegoroczny budżet NFZ to 67,5 mld złotych. Jest to redystrybucja dochodu przez aparat państwa: pieniądze płyną od zdrowych i pracujących do chorych. W znacznej mierze jest to także transfer międzypokoleniowy: pracujący młodzi finansują coraz droższe usługi medyczne dla coraz liczniejszej i coraz starszej rzeszy osób nieaktywnych zawodowo. To także ukryty transfer dochodu od mężczyzn dla kobiet, które średnio zarabiają mniej (czyli płacą niższe „składki”), rzadziej pracują zarobkowo (niższy wskaźnik zatrudnienia) oraz dłużej żyją (czyli dłużej i częściej korzystają z państwowego sektora medycznego).
Mit służby
Lekarze, pielęgniarki i inni pracownicy szpitali oraz przychodni pracują za pieniądze. Gdyby państwo im nie zapłaciło, to zapewne zdecydowana większość z nich nie przyszłaby do pracy. I nie ma w tym nic złego, bo za pracę należy się zapłata. Tylko skończmy z nieprawdziwym określeniem „służba zdrowia", bo służy się bezinteresownie, a pracuje za pieniądze. Przy tym państwowy sektor medyczny wykazuje patologie charakterystyczne dla sektora publicznego: rozrośniętą biurokrację, przerost zatrudnienia, nieefektywne wykorzystanie zasobów i korupcję.
Tak długo, jak lekarze, dostawcy sprzętu i leków żądają zapłaty, usługi medyczne są towarem, tak samo jak każdy inny podlegającym prawu popytu i podaży: przy cenie płaconej przez konsumenta (pacjenta) równej zero, popyt jest nieograniczony. Ograniczona jest za to podaż, co skutkuje permanentnym niedoborem, ujawniającym się w długim czasie oczekiwania na realizację usług medycznych.
Mit zdrowia
Użycie rzeczownika „zdrowie” w przypadku sektora medycznego jest nieporozumieniem. Zdrowi ludzie nie potrzebują ani lekarstw, ani usług lekarzy. Dopiero chorzy stają się klientami aptek i szpitali. W polskiej rzeczywistości zdrowi pracujący składają się na leczenie chorych, a ci ostatni nie potrzebują do tego biurokratów z NFZ, tylko szybkiego dostępu do leków lub lekarza odpowiedniej specjalności. Poprzednik Narodowego Funduszu Zdrowia – czyli Kasy Chorych – miał przynajmniej bardziej adekwatną nazwę.




























































