Wall Street bardzo szybko przetrawiła katastrofalnie słabe dane z gospodarki Nowego Jorku. I jakby nigdy nic wyprowadziła ceny akcji w pobliże historycznego maksimum. Hipoteza „siódmego szczytu” pozostaje zatem aktualna.


Poniedziałkowa sesja w Nowym Jorku rozpoczęła się od wyraźnych spadków. Tak rynek zareagował na sensacyjnie słabe dane makro z nowojorskiego okręgu przemysłowego. Indeks NY Empire State spadł w sierpniu do -14,92 punktów, co było najniższym wynikiem od kwietnia 2009 roku, czyli apogeum silnej recesji w Stanach Zjednoczonych.
Indeks ten malał przez 6 z ostatnich 8 miesięcy, ale w sierpniu zaskoczył nawet największych pesymistów. Dość powiedzieć, że mediana oczekiwań analityków zakładała wzrost do 5 punktów wobec 3,86 pkt. odnotowanych w lipcu.
Rzecz jasna jeden zły – i w dodatku nie aż tak bardzo istotny – wskaźnik recesji nie czyni. Ale to już kolejny z wielu różnych raportów, które od początku roku sugerują, że z największą gospodarką świata nie jest aż tak dobrze, jak się powszechni uważa. Po bardzo słabym pierwszym kwartale (gdy dzięki statystycznym machinacjom wynik zrewidowano w górę z -0,9% na +0,6%), umiarkowanym drugim kwartale (+2,3%) model Fed-u z Atlanty wskazuje, że w trzecim kwartale PKB USA rośnie w annuazliowanym tempie zaledwie 0,7%.

Wall Street – jak zwykle w ostatnich latach – niezbyt zaniepokoiła się sytuacją makroekonomiczną USA. Już po kilkadziesiąt minut po otwarciu główne indeksy świeciły się na zielono. Do końca dnia S&P500 zdołał osiągnął pułap 2.100 punktów – czyli niespełna 1,5% poniżej rekordu wszech czasów.
Pomimo ekstremalnie wysokich wycen (500 największych spółek wyceniana jest na równowartość 21,1-krotności zysków za ostatnie cztery kwartały) S&P500 mierzy w historyczny szczyt (a raczej plateau) na wysokości 2.110-2.135 punktów.
Krzysztof Kolany




























































