Wszechobecny do niedawna optymizm ulotnił się jak kamfora. Nowojorskie indeksy zaliczyły w czwartek solidne spadki pod pierwszym z brzegu pretekstem. Zupełnie nieprzypadkowo S&P500 zawrócił po tym, jak nie udało mu się sforsować 200-sesyjnej średniej kroczącej.
Jeszcze dzień wcześniej świat był piękny. Przynajmniej według inwestorów z Wall Street. Nikt nie przejmował się wojną handlową, zwalniającą światową gospodarką i kolejnymi ostrzeżeniami ze strony zarządów spółek przestrzegających przed pogorszeniem wyników.
W czwartek nagle okazało się, że świat wcale taki piękny nie jest. Pretekstem do realizacji zysków z długich pozycji było jedno słowo prezydenta Trumpa. "Nie" - odpowiedział gospodarz Białego Domu na pytanie, czy przed 1 marca spotka się z prezydentem ChRL.
"Jeszcze nie. Być może. Zapewne zbyt wcześnie. Zapewne zbyt wcześnie" - tak Donald Trump odpowiedział na pytanie, czy spotka się z Xi Jinpingiem w ciągu najbliższego miesiąca. Inwestorzy potraktowali to jako sygnał, że negocjacje handlowe z Chinami wciąż są w lesie i że ewentualny "deal" jest kwestią miesięcy a nie tygodni. I że w ogóle nie można go traktować jako coś pewnego.

Czy środowa, zdawkowa wypowiedź Trumpa cokolwiek zmienia? Oczywiście, że nie. Nadal wiemy, że nic nie wiemy i wiemy to od miesięcy. Ale na rynku akcji liczą się oczekiwania, nadzieje i niezrealizowane zyski - ten mix zwykle określany jest mianem "sentymentu". I właśnie zmiana tego "sentymentu" w czwartek zaszkodziła nowojorskim indeksom.
S&P500 spadł o 0,94%, zatrzymując się jednak powyżej 2 700 punktów. Z punktu widzenia analizy technicznej reakcja rynku była podręcznikowa. Dynamiczne styczniowe odbicie (po równie dynamicznych grudniowych spadkach) zatrzymało się na 200-sesyjnej średniej kroczącej. Po dwukrotnym nieudanym ataku, rynek zawrócił "na południe", co jednak w średnim terminie niczego jeszcze nie przesądza.
Jak tylko indeksy zaczęły spadać, na Wall Street od razu przypomniano sobie o tych wszystkich problemach, o których w ostatnich tygodniach próbowano nie pamiętać. Że w Europie wzrost gospodarczy wyhamował praktycznie do zera. Że niewiele lepiej jest w Chinach i Japonii. Że spółki tną tegoroczne prognozy lub raportują niższe od oczekiwań szacunki wyników na bieżący kwartał.
Według danych Refinitiv oczekiwany przez analityków wzrost zysku przypadającego na S&P500 w tym kwartale stopniał do zaledwie... 0,1% rdr! A jeszcze na początku stycznia eksperci spodziewali się zwyżki EPS-u o 5,3%rdr. "W miarę jak spływają raporty kwartalne, pojawia się obawa, że przyszły wzrost przychodów i zysków w ciągu 2019 roku nie będzie tak wysoki, jak się tego spodziewali inwestorzy" - tak eufemistycznie ujął sytuację Chad Morganlander z Washington Crossing Advisors.
KK





























































