

Ostatnie 90 minut handlu na nowojorskich parkietach przyniosło silną przecenę akcji. Amerykańskie indeksy zanotowały trzecią z rzędu spadkową sesję i wyznaczyły kilkumiesięczne minima.

S&P 500 w trzy dni roztrwonił 3/4 tegorocznych zysków i na koniec poniedziałkowej sesji znalazł się najniżej od maja, przełamując psychologiczną barierę 1900 punktów. Dow Jones po stracie 223 punktów odnotował trzecią spadkową sesję z rzędu i po raz piąty z rzędu jego dzienna zmiana była trzycyfrowa. Nasdaq po zniżce o 1,46% spadł do najniższego poziomu od czerwca. Wszystkie trzy nowojorskie indeksy zakończyły sesję na dziennym minimum.
Lekka panika, jaka w ostatnich dnia opanowała Wall Street, sprawiła, że bezpieczne aktywa wróciły do łask inwestorów. Kurs złota wzrósł o 1%, kontynuując odbicie z tegorocznego dołka. Rentowność amerykańskich obligacji 10-letnich znalazła się na najniższym poziomie od czerwca 2013 roku. Ceny ropy naftowej spadły do najniższego poziomu od 4 lat.
Zobacz także
Na pierwszy rzut oka wygląda, że amerykańskim rynkiem rządzą emocje – przede wszystkim od dawna nieobecny strach. Bo przecież jeszcze kilka dni temu twierdzono, że gospodarka USA notuje dynamiczny wzrost, a zyski spółek będą rosły. Teraz mówi się głównie o zagrożeniach: epidemią eboli, recesją w strefie euro czy spowolnieniem wzrostu w Chinach.

Do tego dochodzi czynnik, który rynek zdawał się ignorować od początku tego roku. Do końca października Rezerwa Federalna ma wygasić program skupu obligacji (QE3), zakręcając spekulantom z Wall Street kurek z niemal darmową gotówką. Przez ostatnie 6 lat ceny akcji w USA rosły tylko wtedy, gdy Fed dostarczał świeży pieniądz. W przerwach pomiędzy QE S&P500 w najlepszym razie poruszał się w bok.
Krzysztof Kolany































































