Pamiętacie Państwo jak w lutym grupa kilku banków, w tym włoski UniCredit, austriacki Raiffeisen i belgijski KBC apelowały do Komisji Europejskiej, by zorganizować pomoc finansową dla „krajów środkowo-wschodniej Europy”?
W 12-punktowy programie wsparcia dla „krajów regionu”, była mowa o kredytach dla… banków i gwarancjach dla depozytów znajdujących się w tych bankach ze strony miedzy innymi Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.Banki napisały, że potrzeby jest silny system bankowy, aby ograniczyć negatywny wpływ globalnego kryzysu na środkowo-wschodnią Europę. Bo oczywiście kryzys wziął się jak świńska grypa – nie wiadomo skąd. I tylko „silny system bankowy” mógłby chorobie zaradzić.
Kierując się podstawowymi zasadami logiki wnioskowania można byłoby dojść do wniosku, że wcześniej system bankowy nie był silny. Czy jest to wniosek dobry, czy może przesłanka zawarta w tezie, że „silny system bankowy” jest potrzebny „aby ograniczyć negatywny wpływ globalnego kryzysu” jest błędna. Bo przecież kryzy nie przyszedł znikąd, tylko właśnie z systemu bankowego. To nie bankrutujące przedsiębiorstwa produkcyjne, które wyprodukowały za dużo towarów, nie mogły ich sprzedać i tym samym spłacić kredytów zaciągniętych na produkcję (jak to bywało w kapitalizmie) wywołały kryzys sektora bankowego. Było dokładnie odwrotnie.
Ale to wołanie o pomoc, oczywiście w imieniu „krajów środkowo-wschodniej Europy”, miało swoją przyczynę. Bo jak kraje te pomocy nie dostały, to KBC poprosił o pomoc sam dla siebie. W minioną środę wystąpił o zawieszenie notowań swych akcji na giełdzie w Brukseli i rozpoczął negocjacje z rządem federalnym i rządem regionu Flandrii w sprawie trzeciej „antykryzysowej” operacji ratunkowej.
I pomyśleć, że kiedyś prowadzenie banku to był bardzo prosty biznes – jak przysłowiowa konstrukcja parasola. (...)
Ciąg dalszy na blogu Roberta Gwiazdowskiego. Zapraszamy!





























































