Główną i bezpośrednią przyczyną wzrostu cen ropy jest deprecjacja dolara – wczoraj kurs amerykańskiej waluty w stosunku do euro osiągnął historyczne minimum (0,6242 euro za dolara). Słaby dolar czyni ropę tańszą dla kupujących spoza USA, co przekłada się na wyższe ceny wyrażane w amerykańskiej walucie.
Jednak w górę idą też ceny ropy liczone w euro czy funtach. Dzieje się tak, ponieważ inwestorzy obawiają się, że „czarnego złota” może po prostu zabraknąć i to ryzyko jest wliczane w kurs. Według ostatnich prognoz Międzynarodowej Agencji Energii w tym roku Chiny, Indie, Rosja oraz Bliski Wschód po raz pierwszy w historii zużyją więcej ropy niż Stany Zjednoczone. Zdaniem analityków to właśnie coraz większy import do krajów rozwijających się odpowiada za wzrost cen ropy w ostatnich latach.
Ciągle pojawiają się też obawy o stronę podażową – podczas gdy kraje OPEC nie chcą lub nie mogą zwiększać wydobycia, to dostawy z takich państw jak Irak czy Nigeria pozostają niepewne, a poza tym rośnie ryzyko związane z sytuacją polityczną w Iranie i Wenezueli. Ostatnio pojawiło się też niebezpieczeństwo zmniejszenia dostaw z Rosji – według koncernu TNK-BP rosyjskie wydobycie ropy osiągnęło swoje maksimum i w najbliższych latach będzie spadać.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych oczekuje się, że zapasy benzyny zmniejszą się o kolejne 2 mln baryłek, a rezerwy surowej ropy mają wzrosnąć o 1,5 mln baryłek. Jednakże w ostatnich dwóch tygodniach typy analityków okazywały się zupełnie błędne – amerykańskie rezerwy ropy zamiast spodziewanych wzrostów pokazywały spadki.
O godzinie 9:40 rynek wyceniał baryłkę ropy Brent na 115,75 dolarów, czyli o 20 centów niżej niż na zamknięciu wczorajszych notowań. Natomiast czerwcowe kontrakty na ropę gatunku Light Crude potaniały o 13 centów, osiągając cenę 118$ za baryłkę.
K.K.



























































