Wczoraj minister spraw zagranicznych Iranu, czyli państwa które dysponuje drugimi największymi na świecie rezerwami ropy, zapowiedział uruchomienie pierwszej elektrowni atomowej w połowie przyszłego roku. Mimo że władze Iranu zapewniają, że ich program jądrowy ma charakter pokojowy, to jednak mało kto w to wierzy, a handlujący ropą obawiają się zdecydowanej reakcji USA.
Do wzrostu kursu „czarnego złota” przyczyniają się też wydarzenia w Australii, gdzie z powodu tropikalnego cyklonu wstrzymano wydobycie na północno-zachodnich wybrzeżach. W sumie stanęły instalacje odpowiadające za połowę australijskiej produkcji.
Dlatego też w poniedziałek na światowych giełdach towarowych obserwuje się niewielki wzrost cen ropy. O godzinie 8:40 za baryłkę gatunku Brent płacono 94,03 dolarów, po wzroście o 10 centów. Notowana w Nowym Jorku odmiana Light Crude była wyceniana na 96,25$ za baryłkę, czyli o 25 centów wyżej niż w piątek.
W przeciągu całego roku kurs ropy naftowej wzrósł aż o 58%, zatrzymując się w listopadzie tuż przed psychologiczną granicą 100$ za baryłkę. Ten imponujący wzrost był nie tylko skutkiem słabego dolara (wyrażona w euro cena baryłki poszła w górę o 41%), lecz przede wszystkim dynamicznie rosnącego popytu zgłaszanego przez Chiny oraz Indie. Gospodarki tych dwóch najludniejszych krajów świata urosły w tym roku odpowiednio o ok. 11% i 8,7%, co przełożyło się na jeszcze szybszy wzrost zapotrzebowania na paliwa.
Chociaż wielu analityków jest przekonanych, że przekroczenie przez kurs ropy poziomu 100$ za baryłkę nastąpi już w przyszłym roku, to nie brak też głosów, że wysokie ceny oraz skutki kryzysu kredytowego ograniczą popyt na ten surowiec w USA, Europie i Japonii. W listopadzie Międzynarodowa Agencja Energii obniżyła swoje prognozy globalnego zużycia „czarnego złota” o 0,3 mln baryłek w skali roku. Jeżeli Chiny i Indie również zwolnią tempo wzrostu gospodarczego, to ceny ropy mogą się obniżyć.
K.K.



























































