Dolny Śląsk jest bliski pozycji krajowego lidera pod względem wielkości zagranicznych inwestycji. Zachodni kapitał ciągnie głównie do Wrocławia i rozsianych po regionie specjalnych stref ekonomicznych. Ale za lat kilka, najpóźniej kilkanaście, gdy w Polsce wzrosną koszty zatrudnienia, światowe koncerny mogą się przenieść na wschód.
Skupiony wokół kilku większych ulic, Żarów pozornie nie różni się od innych dolnośląskich miasteczek. Nie ma tu jednak charakterystycznej dla nich atmosfery senności, bo przez cały dzień ulicami w kierunku przedmieścia - do strefy ekonomicznej - toczą się wielkie ciężarówki.
Ulgi podatkowe przyciągnęły już pięć firm, wśród nich wielkie koncerny z Japonii i Szwecji. Nowe fabryki zatrudniły już 400 osób. Do końca przyszłego roku, gdy ruszą kolejne zakłady, pracę ma znaleźć ponad 2 tys. osób. Część mieszkańców Żarowa uważa, że widać już zmiany na lepsze.
- Powstaje więcej firm, wzrosły ceny nieruchomości, bo pracownicy fabryk wynajmują mieszkania, sklepy mają więcej klientów - wylicza pani Stanisława, która w Żarowie prowadzi biuro rachunkowe.
Magnes podatkowy
Pierwsi w żarowskiej podstrefie Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Invest-Park byli Japończycy z koncernu AKS. Dziś w Żarowie pracuje dla nich prawie 80 osób. Inny japoński koncern - Yagi - zatrudnia około 40 osób. Trzecią fabrykę otworzyła w strefie rodzina Frąckiewiczów. Dla ich firmy - Franc Textilu - pracuje 230 osób. To przede wszystkim szwaczki, bo zakład produkuje zasłony, firany, obrusy czy materace. Na eksport - głównie do innych krajów Unii Europejskiej - trafia 95 proc. jego wyrobów.
- Trzynaście lat temu zaczynaliśmy w sześć osób - opowiada Tomasz Frąckiewicz, dziś wiceprezes i dyrektor techniczny firmy.
Fabryka w Żarowie, która ruszyła w styczniu tego roku, zastąpiła zakład w Świdnicy. Trwaja prace nad jej rozbudową, a to oznacza wzrost zatrudnienia. Również na sąsiednich działkach żarowskiej podstrefy uwijają się geodeci i budowlańcy. Swoją fabrykę stawia znany szwedzki koncern Electrolux, w którym pracę ma znaleźć - według Lilli Gruntkowskiej, burmistrza Żarowa - nawet 1000 osób.
Naprzeciwko Szwedów budują kolejni Japończycy - tym razem z oponiarskiego giganta Bridgestone, który planuje zatrudnić ponad 300 osób. Prawie gotowa jest także inna japońska fabryka, w której firma Daicel będzie wytwarzać napełniacze do samochodowych poduszek powietrznych.
- Już jesienią tego roku pracę ma tam znaleźć prawie czterysta osób, przede wszystkim kobiet - podkreśla burmistrz Gruntkowska.
W Żarowie jak w soczewce odbijają się dwie cechy charakterystyczne dla dolnośląskich inwestycji. Pierwsza to duża liczba firm z Kraju Kwitnącej Wiśni. Jak dotąd w naszym regionie została ulokowana ponad połowa wszystkich japońskich inwestycji w Polsce. Druga - to nagromadzenie zakładów z branży motoryzacyjnej. Nie są to firmy, z których wyjeżdżają gotowe auta, ale dziesiątki podwykonawców, bez których żaden producent samochodów nie mógłby działać. Listę otwierają fabryki Toyoty i Volkswagena. Japończycy mają dwa zakłady - w Wałbrzychu, gdzie produkują silniki benzynowe i skrzynie biegów, oraz w Jelczu Laskowicach, gdzie 500 osób pracuje przy produkcji silników diesla. Z kolei w Polkowicach powstają silniki do samochodów koncernu z Wolfsburga.
Większość motoryzacyjnych fabryk ulokowała się w specjalnych strefach ekonomicznych. Na Dolnym Śląsku są trzy, ale ich tereny znajdują się w ponad dwudziestu miastach regionu. Magnesem przyciągającym inwestorów do stref są, oczywiście, zwolnienia podatkowe. Dla małych i średnich przedsiębiorstw (tych, które zatrudniają mniej niż 250 osób) wynoszą one 65 proc. wartości inwestycji lub dwuletnich kosztów zatrudnienia pracowników.
Więksi inwestorzy mogą liczyć na umorzenie 50 proc. podatków, na przykład dochodowego lub od nieruchomości. Przysługujące im zwolnienia przedsiębiorcy muszą wykorzystać do 2017 roku, bo wtedy przestaną istnieć specjalne strefy ekonomiczne. Taki był jeden z warunków przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Wiele firm przekroczy tę granicę szybciej. Tak stanie się zapewne m.in. z żarowskim Franc Textilem, który dostał 65 proc. bonifikatę podatkową - od inwestycji, które wyniosły około 9 mln zł.
Ogółem firmy z trzech dolnośląskich stref - legnickiej, kamiennogórskiej oraz wałbrzyskiej - zatrudniają ponad 19 tys. osób.
Za produkcją usługi
Na brak zainteresowania ze strony zagranicznych inwestorów nie narzekają też władze Wrocławia. W mieście i na jego obrzeżach pracują już fabryki takich koncernów, jak Volvo, Bosch czy WABCO. Dwa zakłady, symbole czasów PRL-u - Polar i Wrozamet - mają nowych właścicieli. Pierwszy należy do amerykańskiego Whirpoola, drugi do hiszpańskiego Fagora. Amerykanie w najbliższych latach uruchomią nowe linie produkcji zmywarek i chłodziarek, co ma według władz Wrocławia dać 1300 nowych miejsc pracy. Z kolei Hiszpanie zatrudnili w ostatnich latach 150 kolejnych pracowników.
Rośnie także liczba inwestycji w sektorze usług. Do otwarcia centrum informatycznego, które zatrudni 500 specjalistów, przymierza się Volvo. W Hewlett Packard Wrocław, ulokowanym na 6 piętrze domu towarowego „Renoma”, pracuje ponad sto osób. Do 2009 roku HP chce zwiększyć zatrudnienie dziesięciokrotnie.
- Tempo jest tak szybkie, że te tysiąc osób przyjmiemy prawdopodobnie wcześniej niż zakładaliśmy - mówi Monika Stryińska, asystentka prezesa HP Wrocław.
Równie dynamicznie rozwija się Centrum Rozwoju Oprogramowania Siemensa. Powstałe w 2000 roku centrum zatrudniało początkowo 10 osób. Do końca 2005 roku we wrocławskim Siemensie będzie pracowało 700 osób.
Wrocławski oddział francuskiego Capgemini - korporacji zajmującej się m.in. doradztwem biznesowym i nowymi technologiami - zatrudnia dziś 70 osób. W ciągu półtorej roku liczba pracowników ma się podwoić.
Położenie dostaliśmy za darmo
- Komunikacja lotnicza z Niemcami i ogólnie położenie w trójkącie miedzy Berlinem, Warszawą i Wiedniem, to dla nas ważna sprawa - mówi Artur Nejmark, dyrektor ds. rozwoju biznesu we wrocławskim Siemensie.
Wśród innych atutów Wrocławia wymienia stabilność polityczną i przychylność władz miasta, dobrą współpracę z politechniką i stosunkowo niskie koszty wynajmu mieszkań i życia we Wrocławiu.
- No i klimat miasta - dodaje. - Jak ktoś przyjeżdża do nas na rozmowę z drugiego końca Polski i usiądzie na kawie w Rynku, to po prostu chce mu się u nas zostać.
- Staramy się podchodzić do każdego indywidualnie. Walczymy też z biurokracją - podkreśla Paweł Panczyj, kierownik działu wspierania inwestorów zagranicznych we wrocławskim urzędzie miejskim.
Jak mówi, inwestor nie musi biegać od jednego działu magistratu do drugiego, bo wszystko załatwia z jednym urzędnikiem. Niebagatelne znaczenie ma też i to, że na Dolnym Śląsku, tak jak w całej Polsce, utrzymuje się wysokie bezrobocie. A to oznacza stosunkowo tanią siłę roboczą. W regionie bezrobotnych pod koniec marca było 261 tys. A we Wrocławiu 36 tys.
Janisław Muszyński z dolnośląskiego oddziału Business Centre Club zauważa również rzeczy pozornie dla biznesu obojętne: - Oprócz położenia, które dostaliśmy niejako za darmo, ważna jest tradycja naukowa sięgająca poza rok 1945, bo przecież kadra przyjechała z Wilna i Lwowa. Ale mamy też w sobie coś z pionierów, ludzi podejmujących ryzyko, tych którzy po wojnie jechali w nieznane. I naprawdę jesteśmy otwarci, to spostrzeżenie słyszałem od większości osób przyjeżdżających do Wrocławia.
Politechnika Wrocławska od kilku lat współpracuje wieloma firmami i zakładami, które inwestują w regionie. W porozumieniu z nimi tworzy nowe kierunki i takie specjalizacje, na jakie jest popyt. Umowy uczelnia podpisała między innymi z wrocławskim Siemensem, Wrozametem, Whirpoolem czy Zakładami Chemicznymi „Rokita” z Brzegu Dolnego.
Polacy są tańsi i, jak uważa Janisław Muszyński, także bardziej elastyczni niż pracownicy z Europy Zachodniej. Powoli stajemy się też potęgą informatyczną. W Szanghaju, na ostatnich akademickich mistrzostwach świata w programowaniu, nazywanych „bitwą umysłów”, studenci z Uniwersytetu Wrocławskiego zdobyli srebrny medal. Informatycy z Politechniki Wrocławskiej od lat zajmują czołowe miejsca w zawodach programistów Top Coder.
Szefowie Siemensa nie chcieli potwierdzić takiej informacji ale wiadomo, że wrocławski oddział, często wygrywa przetargi, w których startują tez inne oddziały tej firmy, na przykład berliński.
- Mogę powiedzieć jedno: nasi informatycy prezentują absolutnie najwyższy światowy poziom - mówi Artur Nejmark.
Prowincjonalne lotnisko
Co może przeszkadzać napływowi kolejnych inwestorów? Dostępność powierzchni biurowych. Jest ich za mało.
- Gdyby zdarzyło się, że firma oprócz biur potrzebuje też laboratoriów, to znalezienie obecnie trzech tysięcy metrów kwadratowych we Wrocławiu jest niemożliwe - zauważa Artur Nejmark. - No i połączenia lotnicze! Już teraz powinno być ich znacznie więcej. Nasi pracownicy pracują na całym świecie. Jeśli leci się gdzieś z trzema przesiadkami, to trzeba wziąć pod uwagę, że pracownik takiej firmy spędzi 7 godzin na lotniskach, czekając na kolejne połączenia i zamiast jednodniowej, będzie miał trzydniową delegację.
Na rynku jest też coraz mniej specjalistów. Dlatego na przykład Capgemini korzysta z potencjału nie tylko wrocławskich uczelni. Wykwalifikowanej kadry szuka wśród absolwentów Uniwersytetu Zielonogórskiego, Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą i uczelni Górnego Śląska.
O pracowników nie jest już tak łatwo jak kiedyś. Rosnąca liczba firm informatycznych i większe możliwości szukania pracy na Zachodzie po wejściu Polski do Unii zrobiły swoje.
Problemy są także z mniej wykwalifikowanymi pracownikami. Na przykład w Wałbrzychu, gdzie dzięki inwestycjom w strefie przybywa miejsc pracy. Jednak większość bezrobotnych to ludzie z wykształceniem podstawowym, często niepełnym, którzy pozostają bez pracy od dłuższego czasu.
Przyuczenie ich do zawodów wymagających precyzji, umiejętności posługiwania się nowoczesnymi urządzeniami i dyspozycyjności, nie jest łatwe. Trudno im również dopasować się do rytmicznego czasu pracy. Kiedy urząd miejski zatrudnił - w ramach robót publicznych - grupę kopaczy z biedaszybów jako kontrolerów biletów w autobusach, wielu z nich szybko straciło pracę. Kopacze nie przychodzili na czas lub byli nietrzeźwi.
Kiedyś się pożegnamy
Zagraniczne inwestycje nie zlikwidują bezrobocia, ale na pewno pomagają je obniżać. Według Pawła Panczyja, we Wrocławiu przez najbliższe pięć lat wielkie firmy zatrudnią 6,5 tys. nowych pracowników. W otoczeniu tych firm ma powstać od trzech do sześciu razy więcej miejsc pracy. To zjawisko zaczyna jest już widoczne na przykład w Jelczu Laskowicach czy Żarowie.
- Wielu mieszkańców naszej gminy pracuje w firmach ochroniarskich, które pilnują fabryk i budów w strefie - podkreśla Lilla Gruntkowska, burmistrz Żarowa.
W jej mieście ostatnio została otwarta nowa restauracja i powstała firma cateringowa, która obsługuje zakładowe stołówki. Mieszkańcy miasta pracują także przy budowie nowych fabryk.
Mirosław Adamczyk, dyrektor wrocławskiego oddziału Capgemini, zwraca uwagę, że korporacje, które ulokowały się w naszym regionie, również te świadczące usługi dla biznesu, nie zostaną tu na zawsze.
- O tym zadecyduje poziom kosztów działalności i zatrudnienia pracowników, a te będą w Polsce rosły. Za dziesięć czy piętnaście lat część tych firm najprawdopodobniej zacznie się przenosić na wschód - uważa Adamczyk.
Dawid Kocik, Tomasz Duda
Współpraca (ask)
***
Strefia strefie nierówna
Na Dolnym Śląsku mamy trzy specjalne strefy ekonomiczne. Legnicka Specjalna Strefa Ekonomiczna ma swoje tereny inwestycyjne w Legnicy, Polkowicach, Krzywej, Legnickim Polu, Złotoryi oraz Lubinie.
Grunty Kamiennogórskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej Małej Przedsiębiorczości znajdują się w Kamiennej Górze, Lubawce, Nowogrodźcu, Lubaniu, Krzeszowie, Jaworze oraz Piechowicach.
Natomiast Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna Invest-Park ma swoje tereny w Wałbrzychu, Dzierżoniowie, Jelczu Laskowicach, Kłodzku, Nowej Rudzie, Nysie, Oławie, Wrocławiu, Świdnicy i Żarowie. Zakłady tej ostatniej zatrudniają 12 tys 700 pracowników, zakłady legnickiej strefy - 5 tys. 800, a kamiennogórskiej - 1800 osób.






























































