Kryzysu nie należy lekceważyć. Dotknie on wielu gospodarek, w tym również Polski. To niestety prawda, że we współczesnym świecie autorytet i popularność zyskują nie ci, których prognozy okazały się najbardziej trafne, ale ci najczęściej pokazywani w telewizji. Media czynią z nich ekonomiczne wyrocznie, choć rzeczywistość gospodarcza jest zaprzeczeniem głoszonych przez nich prawd. Dziś nawet prof. Leszek Balcerowicz przyznaje, że Polskę czeka trudny rok, choć niedawno przekonywał, że żadnego kryzysu w Polsce nie będzie.
Potrzebna roztropność
v Zamiast zwykłej racjonalności, roztropności, uczciwości sądów czy umiejętności wyczuwania zagrożeń i cywilnej odwagi w głoszeniu sądów, zwłaszcza niepopularnych, bardziej liczy się oglądalność, dyspozycyjność, nonszalancja i tupet w wygłaszaniu poglądów. Nic zatem dziwnego, że skala i tempo rozwoju kryzysu finansowego i ekonomicznego w Polsce, zaskoczyły większość. Jeszcze kilka miesięcy temu pojawiały się opinie, że należy kupować akcje na GPW, bo tańsze już nie będą, a były, są i będą.
Ulubieńcy mediów
Wmawiano społeczeństwu, że złoty to najsilniejsza waluta świata i będzie rosnąć w siłę w nieskończoność. Pamiętamy zapewnienia, że wystarczy wprowadzić podatek liniowy i zapowiedzieć wprowadzenie euro i gospodarka z dnia na dzień rozkwitnie, że dzięki sprywatyzowaniu sektora energetycznego, ceny energii spadną. Pamiętamy zapewnienia, że wystarczy systematycznie podnosić stopy procentowe, a gospodarka i finanse w Polsce będą pod kontrolą, PKB będzie rosnąć. Tymczasem kraje nadbałtyckie z podatkiem liniowym i walutami powiązanymi z euro, z całkowicie sprywatyzowanym sektorem bankowym stoją dziś na krawędzi bankructwa i proszą międzynarodowe instytucje finansowe o pomoc.
Drżą ze strachu
Czy tego typu zapowiedzi to tylko brak profesjonalizmu, czy bardziej niechęć do mówienia gorzkiej prawdy? Szefowie dużych spółek giełdowych, w tym deweloperskich, jeszcze niedawno byli pewni co najmniej dwucyfrowego zysku w 2008 r. i kilkuletniej koniunktury mieszkaniowej. Dziś stoją na krawędzi bankructwa i drżą ze strachu na myśl o skali ograniczeń produkcji, zwolnień grupowych, spadku zamówień eksportowych. Polski eksport w grudniu praktycznie się załamał. Motoryzacja, chemia, hutnictwo, przemysł meblarski, nie mają co liczyć na poprawę sytuacji i wcześniej czy później zwrócą się do rządu o pomoc.
Nie przewidziano
Nikt jakoś nie przewidział pod koniec 2007 r., że niecały rok później będzie można kupić w USA dom w cenie polskiego mieszania, albo że Polska pożyczy bogatym Irlandczykom 200 mln USD, że baryłka ropy będzie kosztować 40 USD a nie 140 USD, a stopy procentowe będą wynosić 0,5 proc. i w tym czasie w Polsce 5,75 proc. Były jednak też rzeczy łatwe do przewidzenia. Np. to, że TFI będą miały gigantyczne problemy, a bańka spekulacyjna na polskim rynku kapitałowym i walutowym musi pęknąć. Mimo zapewnień o doskonałej kondycji OFE łatwo można było zauważyć, że ta nieudana reforma wchodzi w fazę poważnych kłopotów. Rok 2009 i 2010 unaoczni nam skalę popełnionych błędów, rozmiar strat finansowych i rozczarowań.
Komu wierzyć
Nikt nie przewidział też ani takiego spadku WIG-u, ani skali deprecjacji złotego. Mało kto mówił o skali podwyżek cen prądu, które w 2008 r. przekroczyły 30 proc. To przecież było do przewidzenia. Nie można też poważnie traktować zapowiedzi Ministerstwa Finansów, że wzrost w 2009 r. wyniesie 3,75 proc. czy może ewentualnie 3 proc. Oby wyniósł 1 proc. Złoty nie będzie też wart 3,30 za euro a raczej 4,30 i to już wiosną, a nawet 4,70 pod koniec następnego roku. Bezrobocie nie spadnie tylko wzrośnie nawet do poziomu 12 – 14 proc. Wpływy z prywatyzacji nie wyniosą 12 mld zł, bo rząd będzie miał większe zmartwienie. Skoro nie można traktować poważnie zapewnień i zapowiedzi tak poważnych instytucji, jak Ministerstwo Finansów, jeśli chodzi o podstawowe wskaźniki makroekonomiczne przyjęte do budżetu państwa na 2009 r., w co jeszcze można wierzyć?
Będzie dobrze?
Wielu nadal nie wierzy w recesję w Polsce, w bankructwa, w słabą złotówkę, nowelizację budżetu i nową dziurę budżetową w skali 20 – 30 mld zł. Bo czy rok temu ktoś wierzył że Anglicy będą nacjonalizować banki, Francuzi dokładać 1 000 euro każdemu, kto zechce kupić samochód, w to, że włoski prezydent będzie apelował o robienie zakupów w święta, aby podtrzymać konsumpcję. U nas uparcie nie mówi się o potencjalnych zagrożeniach dla polskiej gospodarki i nikt nie chce słuchać złych wiadomości.
O kryzysie cicho
Wydaje się, że wystarczy nie mówić o kryzysie, a wtedy on nie dotrze do Polski. Ta dewiza na razie u nas dominuje. Przez ostatnie lata wmawiano skutecznie polskiej opinii publicznej, że nasza gospodarka i waluta są tak silne i zdrowe, że nic im nie grozi. Do dziś nie mamy ani diagnozy aktualnej sytuacji, ani tym bardziej rozwiązania na problemy jakie się pojawiają.
Konsumpcja na kredyt
Polski konsument w poczuciu konsumpcyjnego obłędu, najczęściej finansowanego na kredyt, nadal beztrosko przechadza się po centrach handlowych, przekonany o mocnych filarach polskiej gospodarki. Ten impuls konsumpcyjny gwałtownie wygaśnie po Nowym Roku. Coraz trudniej będzie o kredyt i nowe zamówienia. Dla wielu będzie to przykre zaskoczenie i rozczarowanie. Polacy bowiem nie doświadczyli jeszcze kryzysu o tej skali od co najmniej 20 lat. Rząd kurczowo trzyma się pomysłu na wprowadzenie euro w 2012 r., choć już po cichu przyznaje, że okoliczności mogą zmienić ten zbyt ambitny czy po prostu nierealistyczny plan. Bardzo złe dane za IV kw. powinny być poważnym ostrzeżeniem.
Pić i palić?
Jeśli akcja kredytowa zostanie zatrzymana z początkiem 2009 r., na co się wyraźnie zanosi, ucierpi cała gospodarka. Oparcie polskiego systemu finansowego na wirtualnych pieniądzach w ramach poręczeń i gwarancji oraz na podwyżkach akcyzy zbliża nas raczej do absurdu niż do krajów UE, które mają zupełnie odmienne sposoby na rozwiązanie kryzysu. Zgodnie z tą teorią powinniśmy w opinii polityków pić i palić więcej, by pomóc Polsce. Nadal modne jest wprowadzanie w życie kolejnych cięć budżetowych, ograniczanie wydatków, utrzymywanie wysokich stóp procentowych, wysokiego VAT-u i ZUS-u i schładzanie gospodarki, gdy ta choć na chwilę przyspieszy.
Potrzebna debata
Można przygotować się na dwa trudne lata. Trzeba stworzyć system wczesnego ostrzegania o potencjalnych problemach naszej gospodarki. Impuls konsumpcyjny może wywołać tylko państwo polskie, a zwłaszcza budżet państwa i budżety samorządowe. Najwyższy czas zatem podjąć poważną debatę na temat tego, jak poradzić sobie w sytuacji kryzysu. Przyjąć realny a nie wirtualny plan antykryzysowy. Ale nasze państwo nie bardzo się do tego kwapi. Recesji więc nie unikniemy.
Janusz Szewczak
Autor jest niezależnym analitykiem ekonomicznym






























































