W nocy ministrowie finansów strefy euro doszli do porozumienia i zdecydowali się pożyczyć Grecji 130 mld euro. Równocześnie banki i fundusze zostały zmuszone do „dobrowolnej” redukcji greckiego długu o 53,5%. Resztę mają zamienić na długoterminowe obligacje oraz papiery dłużne emitowane przez Europejski Fundusz Stabilności Finansowej.
Nie brakuje jednak głosów, że ta decyzje nie poprawia sytuacji Grecji ani tym bardziej nie rozwiązuje kryzysu w strefie euro. Choć dla rynków finansowych kwestia grecka wydaje się być definitywnie rozwiązana, to Europa wciąż nie podjęła decyzji o odcięciu się od źródeł kryzysu nadmiernego zadłużenia.
Stąd też po części bierze się negatywna reakcja inwestorów. Wczesnym popołudniem główne giełdy w strefie euro zniżkowały po 0,8-1,2%. Odwrót nastąpił też na parze euro-dolar, gdzie wspólnotowa waluta zaczęła tracić na wartości. W takim otoczeniu polski złoty poddany został presji sprzedających.
W rezultacie o godzinie 14:20 za euro płacono 4,1811 złotego, czyli o 1,2 grosza więcej niż w poniedziałek. Dolar podrożał o 1,7 grosza, osiągając cenę 3,1633 zł. Frank szwajcarski zyskał 1,5 grosza i kosztował 3,4642 zł.
Rynek walutowy nie zareagował na wypowiedź Andrzeja Bratkowskiego. Członek Rady Polityki Pieniężnej ocenił, że wzrosło prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych jeszcze w pierwszym półroczu. Według Bratkowskiego styczniowy spadek inflacji CPI z 4,6% do 4,1% „nie był żadną rewelacją”.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl































































