Z czymś takim nie mieliśmy do czynienia od wielu lat. Duzi spekulacyjnie nastawieni uczestnicy rynku terminowego jako grupa praktycznie wyzerowali swe zaangażowanie w złocie i srebrze, stwarzając okazję do kupna długoterminowym inwestorom.
Złoto nie ma ostatnio dobrej prasy. No bo wiadomo: Goldman wróży bessę, inflacji oficjalnie nie ma, a 12-letnia hossa uległa zakończeniu tylko dlatego, że kurs kontraktów spadł o 20% od szczytu z września 2011 roku. Kto w to wierzy, ten i tak złota nie kupi. A jeśli posiada, to dla własnego zdrowia psychicznego powinien je oddać w mocniejsze ręce (tj. sprzedać).
Tyle że w prawdziwym inwestowaniu sukcesy rzadko kiedy odnosi ten, kto płynie z prądem. Kupić, gdy wszyscy kupują i sprzedać, gdy wszyscy sprzedają – to recepta na pewne straty. Jako zwolennik kontrarnego podejścia do inwestowania wolę kupić słabość – czyli walor niedowartościowany, ale z mocnymi fundamentami – i sprzedać siłę, czyli szybko drożejący i często przewartościowany instrument.
Miękkie fundusze i twardy metal
Podobnie rzecz ma się ze złotem i innymi metalami szlachetnymi. Gdy zaangażowanie dużych spekulantów (funduszy hedge i banków inwestycyjnych) osiąga rekordowo wysokie poziomy, wówczas można się pokusić o realizację zysków lub wręcz krótkoterminową spekulację na spadek cen. I odwrotnie: najlepszy czas na zakupy zazwyczaj przychodzi, gdy fundusze ewakuowały się z długich pozycji.

Pozycja netto spekulantów (lewa oś) i kurs kontraktów terminowych na złoto (prawa oś)
Źródło: Bankier.pl na podstawie danych Commodity Futures Trading Commission.
Pod koniec maja długa spekulacyjna pozycja netto (czyli różnica pomiędzy kontraktami kupionymi a sprzedanymi w gronie tzw. dużych spekulantów) osiągnęła najniższą wartość od stycznia 2007 roku, przebijając nawet dołek z pamiętnego listopada 2008 roku. Przy tym o ile liczba pozycji długich od wielu miesięcy utrzymują się na stabilnym poziomie, to w ostatnich tygodniach znacząco wzrosła liczba spekulacyjnych pozycji krótkich, podwajając się względem stanu z początku roku.
Koniec korekty, czy zmiana trendu?
Wraz ze spadkiem długiej spekulacyjnej pozycji netto drastycznej redukcji uległa też krótka pozycja zajmowana przez tzw. commercials - czyli duże banki pośredniczące w obrocie złotem. Równocześnie znacząco spadła liczba otwartych pozycji (o 11% w ciągu miesiąca) i zmalał wolumen obrotów przy cenach złota oscylujących wokół dwuletnich minimów. Taka kombinacja jest jednoznacznie pozytywna i z dużym prawdopodobieństwem zapowiada wzrost cen złota w średnim i długim terminie.
Oczywiście możliwa jest też sytuacja, gdy pozycja spekulantów ulegnie odwróceniu, wywołując kolejną falę spadków i znosząc notowania złotych kontraktów w rejon 1.250 USD/oz. Tyle że przeciwko takiemu scenariuszowi przemawiają czynniki fundamentalne. I to zarówno natury finansowej (masowy dodruk pieniądza, ekspansja kredytowa i zerowe stopy procentowe) jak i realnej (silny popyt fizyczny, bliskość krańcowych kosztów wydobycia).
Zapomniane srebro
Jeszcze bardziej wyprzedane niż złoto jest srebro. Biały metal znalazł się pod podwójną presją: z jednej strony ściągało go w dół taniejące złoto, a z drugiej słabe perspektywy gospodarcze dla Chin i większości gospodarek rozwijających się. Srebro w znacznej mierze będące metalem przemysłowym jest bowiem szczególnie wrażliwe na wahania globalnej koniunktury gospodarczej.
Pozycja netto spekulantów (lewa oś) i kurs kontraktów terminowych na srebro (prawa oś)
Źródło: Bankier.pl na podstawie danych Commodity Futures Trading Commission.
To jednak nie zmienia faktu, że zaangażowanie spekulacyjnego kapitału na rynku kontraktów terminowych na srebro spadło do najniższego poziomu od 10 lat. Czyli do czasów, gdy uncja srebra kosztowała niespełna 5 dolarów i nikt nie traktował białego metalu jako poważną alternatywę inwestycyjną.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl





























































