Dow Jones zameldował się z nowym rekordem wszech czasów, a S&P 500 ponownie znalazł się blisko historycznego szczytu. Na Wall Street powróciły hurraoptymistyczne nastroje, choć nie bardzo wiadomo dlaczego.


Wydarzeniem dnia było odbywające się co pół roku sprawozdanie prezes Fed składane przed Kongresem. Janet Yellen nie powiedziała niczego nowego. Powtórzyła, że spodziewa się powrotu oficjalnej inflacji w pobliże 2 proc., nadal zamierza „stopniowo” podnosić stopy procentowe i że jeszcze w tym roku najprawdopodobniej rozpocznie się redukcja sumy bilansowej Rezerwy Federalnej. To wszystko było wiadome od miesiąca.
Rynek akcji postanowił uznać wypowiedzi Yellen za dość „gołębie” i poszedł w górę. Co ciekawe, chyba odmienne przemyślenia mieli gracze z foreksu, bo dolar umocnił się względem euro. W dół poszły za to rentowności amerykańskich obligacji, co można uznać ze przejaw braku wiary w istotnie wyższe stopy procentowe w USA w najbliższym czasie.
W tych warunkach średnia przemysłowa Dow Jonesa ustanowiła nowy śródsesyjny rekord wszech czasów na wysokości 21 576 punktów oraz najwyższy w historii kurs zamknięcia (21 532 pkt.), rosnąc o 0,57 proc. Po zwyżce o 0,73 proc. blisko historycznego szczytu znalazł się S&P 500. Najintensywniej straty odrabiał Nasdaq (+1,10 proc.), ale temu indeksowi do maksimum z czerwca brakuje ponad 1 proc.
Amerykańscy inwestorzy szykują się na sezon raportowania wyników za drugi kwartał. W piątek rozpoczną go banki: Citigroup, Wells Fargo i JP Morgan Chase. Analitycy spodziewają się wzrostu zysku przypadającego na indeks S&P 500 o 6,6 proc. Taki wynik mógłby być dla rynku rozczarowaniem: S&P 500 wyceniany jest na blisko 26-krotność zaraportowanych zysków za ostatnie cztery kwartały. Aby obecne wyceny mogły się utrzymać, spółki chyba powinny pokazać wyniki zdecydowanie lepsze od szacunków analityków.

Krzysztof Kolany





























































