Pomimo niezwykle wręcz optymistycznych komentarzy analityków i ekonomistów indeks S&P500 utknął w strefie 875-880 punktów, która wyznacza rynkowi silny opór zatrzymujący zwyżki w styczniu, lutym i dwukrotnie w kwietniu. Głównym argumentem strony popytowej jest interpretacja danych makroekonomicznych: rosnące wskaźniki PMI (lecz wciąż wskazujące na pogłębianie się recesji), lepsze nastroje konsumentów (ale nadal bardzo słabe) oraz pewna stabilizacja na rynku nieruchomości są traktowane jako zwiastun nadejścia ożywienia gospodarczego już w drugiej połowie roku.
Dzisiaj rynki finansowe zachwycają się pierwszym od dziewięciu miesięcy pozytywnym odczytem indeksu PMI dla chińskiego przemysłu. Tyle tylko, że relatywnie niewielki amerykański eksport do Chin raczej nie będzie czynnikiem mającym silny wpływ na kondycję gospodarki USA.
Z drugiej strony nie ustępują stare problemy sektora finansowego. Od kilku dni na rynku niemal nieustannie pojawiają się medialne przecieki w sprawie wyników rządowych testów adekwatności kapitałowej (dość niepokojąco publikacja ta została przełożona z poniedziałku na czwartek). Wśród banków wymagających dokapitalizowania najczęściej wymienia się (zresztą dość tradycyjnie) Citigroup oraz Bank of America. Jednakże inwestorzy wydają się być już znieczuleni na tego typu wiadomości. O wiarygodności rządowych stress-testów w niedzielę negatywnie wypowiedział się nawet sam Warren Buffett.
W poniedziałek zabraknie w istotniejszych danych z amerykańskiej gospodarki. Największą uwagą powinien cieszyć się wskaźnik koniunktury na wtórnym rynku nieruchomości – analitycy szacują, że w marcu pozostał on na poziomie z lutego.
Tymczasem o godzinie 13:00 na rynku terminowym przeważał ostrożny optymizm. Futures na S&P500 rosły o 0,5%. O tyle samo zwyżkowały notowania kontraktów na indeks Nasaq100.
K.K.
































































