W styczniu nominalne dochody Amerykanów były o 0,1% wyższe niż w grudniu i takie same jak rok temu. Po uwzględnieniu oficjalnej inflacji oznacza to regres o 2,6% r/r (opierają się na wskaźniku CPI. Według miernika PCE spadek sięgnąłby 2,1%). W ciągu miesiące pula wynagrodzeń w sektorze prywatnym wzrosła o 16,1 mld dolarów, a podwyżka pensji pracowników rządowych dodała do tego 7,1 mld $.
Ale cały ten wzrost został „skonsumowany” przez amerykańskiego fiskusa. Według danych rządowych podatki wzrosły o 59 miliardów dolarów, przez co dochody do dyspozycji zmniejszyły się o 0,6% m/m w ujęciu realnym (czyli po uwzględnieniu wzrostu cen w gospodarce).
![]() |
Mimo to amerykański konsument nie poddaje się tak łatwo recesji i za wszelką cenę stara się utrzymać dotychczasowy poziom życia. Wydatki konsumpcyjne w USA zwiększyły się w styczniu o 0,5% m/m i były o 1,4% wyższe niż przed rokiem. W sumie na zakupy Amerykanie wydali 778,5 mld dolarów (9.341,6 mld $ w ujęciu anualizowanym).
Tylko że utrzymanie takiego poziomu wydatków było możliwe tylko dzięki redukcji oszczędności. Według danych Departamentu Handlu wartość oszczędności gospodarstw domowych zmniejszyła się o blisko sto miliardów dolarów i na koniec stycznia sięgnęła poziomu 367,2 mld $. Stopa oszczędności obniżyła się z 4,2% do 3,3% i była najniższa od października 2008 roku.
Jeśli więc sytuacja na amerykańskim rynku pracy szybko nie ulegnie znaczącej poprawie (czego na razie nikt się nie spodziewa), to Amerykanom niedługo skończą się ostatnie oszczędności, a konieczne podwyżki podatków dokonają dzieła zniszczenia po stronie popytu konsumpcyjnego. Tymczasem to właśnie konsumpcja przez ostatnie lata była motorem amerykańskiego wzrostu gospodarczego.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl





























































