Pod względem jakości danych makroekonomicznych był to „czarny czwartek”. Majowe indeksy PMI od Chin przez Europę po Stany Zjednoczone wskazały coraz głębsze spowolnienie gospodarcze. Najniższe od 3 lat wskaźniki dla przemysłu strefy euro pokazują nasilenie zjawisk recesyjnych. Nawet dane z Niemiec nie napawały optymizmem, bo największa gospodarka Starego Kontynentu zaczęła uginać się pod presją kryzysu w krajach PIIGS i spowolnieniu w Azji.
Rozczarowały także raporty z USA. Debiut indeksu PMI dla amerykańskiego sektora wytwórczego wypadł słabo, bo wskaźnik ten spadł z 56,0 pkt. do 53,9 pkt., ostrzegając przed wyraźnym wyhamowaniem aktywności gospodarczej. Potwierdziły to także rządowe dane z przemysłu, gdzie w kwietniu wartość zamówień na dobra trwałe z wyłączeniem środków transportu spadła o 0,6% mdm po spadku o 0,8% w marcu.
Dane rozminęły się z oczekiwaniami ekonomistów, którzy liczyli na wzrost o 1%. Główną przyczyną tej rozbieżności był drastyczny spadek zamówień na sprzęt wojskowy. Ale przedsiębiorstwa drugi miesiąc z rzędu ograniczały wydatki na maszyny i komputery, co może świadczyć o malejącej skłonności do inwestycji. Ogólna wartość zamówień wzrosła tylko o 0,2% mdm po spadku o 3,7% miesiąc wcześniej.
Nie zachwyciły także dane z urzędów pracy. Liczba noworejestrowanych bezrobotnych zgodnie z oczekiwaniami wyniosła 370 tysięcy. Ale dane za poprzedni tydzień zweryfikowano w górę. Była to już osiemnasta z rzędu rewizja w górę, co prowokuje wręcz komentarze o manipulacje tymi danymi przez Biuro Statystyki Pracy. Dzięki tym rewizjom media podają w nagłówku, że sytuacja na rynku pracy „uległa poprawie”, co nie jest prawdą.
Źródło: Bankier.pl
Z fundamentalnego punktu widzenia sytuacja posiadaczy amerykańskich akcji robi się nieciekawa. Gospodarka USA wyraźnie hamuje i pozbawiona fiskalnych i monetarnych stymulantów jest bardzo podatna na kolejną recesję. Zyski spółek w minionym kwartale rosły wolniej od rzeczywistej inflacji i najwolniej od 2009 roku. Tymczasem indeks S&P500 od kwietniowego rekordu hossy dzieli niespełna 7,5%.
Z jednej strony fakt ignorowania przez rynek złych danych makro świadczy o sile popytu. Część inwestorów mogła ulec pokusie „niskich” wycen i uznać majową wyprzedaż za okazję do tańszych zakupów. Ale patrząc w dłuższej perspektywie hossa na Wall Street opiera się na bardzo kruchych fundamentach w postaci półdarmowego kredytu, bezprecedensowego dodruku pieniądza ze strony Rezerwy Federalnej i rokrocznie przekraczających bilion dolarów deficytach w budżecie federalnym Stanów Zjednoczonych.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl































































