REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Związki zawodowe najważniejszą przyczyną bankructw?

2006-02-28 06:17
publikacja
2006-02-28 06:17
Dodaj Bankier.pl w Google
Ile „kosztują” związki zawodowe? Może 20 miliardów rocznie, które trzeba będzie wydać na wywalczone pod Sejmem wcześniejsze emerytury górnicze? Kilka miliardów to wartość umów społecznych wynegocjowanych w branży energetycznej. Ale w koszty trzeba wliczyć także kilkaset zakładów, które - obarczone nieracjonalnym zatrudnieniem - nie wytrzymały rynkowej konkurencji. Obrona każdego miejsca pracy za wszelką cenę okazuje się często taktyką samobójczą dla całej firmy.

- Związki zawodowe dostały w ostatnim czasie wiatr w plecy - zauważa profesor Jan Winiecki, założyciel centrum im. Adama Smitha. - To obecnie jedna z głównych barier w procesie przekształceń przedsiębiorstw i najważniejsza przyczyna bankructw.

Jak wyliczył zespół profesora Winieckiego, połowa z około 1800 przebadanych przedsiębiorstw, które w ostatnich latach ogłosiły upadłość, miała szanse na normalne funkcjonowanie, ale brak woli kompromisu ze strony związków zawodowych spowodował, że nie mogły wytrzymać rynkowej konkurencji.


Traktor na głowę


Jako przykład takiego właśnie działania podawany jest podwarszawski Ursus. U schyłku PRL-u produkowano tam 7 tysięcy traktorów przy zatrudnieniu 16 tysięcy ludzi. Zainteresowany firmą inwestor stwierdził, że to wydajność w ogóle nie odpowiadająca wymaganiom współczesnej gospodarki. To jednak nie przekonało głównego rozgrywającego wśród organizacji związkowych w Ursusie, czyli Zygmunta Wrzodaka. Rozpoczęły się marsze protestacyjne, pikiety, strajki. Dzisiaj po inwestorze nie ma już śladu, Wrzodak został parlamentarzystą, choć na kpinę zakrawa fakt, że poselski fotel zdobył na dalekim Podkarpaciu, gdzie skutków jego działalności nikt nie miał szansy doświadczyć. Fabryka zaś ledwo zipie, zatrudniając kilkaset osób i produkując rocznie...jeden traktor na zatrudnionego.

- Przedsiębiorstwa państwowe z reguły zatrudniały za dużo ludzi niż wynikałoby to z realizowanej produkcji - mówi profesor Winiecki. - Dlatego też wejście inwestora do firmy i prywatyzacja zakładu musiały wiązać się ze zmianami stanu załóg. Obrona każdego miejsca pracy prowadzi z reguły do jeszcze większych strat. Na Węgrzech, które są liderem przemian w naszej części Europy, związki zawodowe są słabe, ale bezrobocie jest 2-3 razy mniejsze niż u nas.

Jak twierdzą specjaliści, wielcy inwestorzy już dawno podzielili kraje na te, które mają „wojowniczych” i „pokojowo” nastawionych związkowców. Za najbardziej wojowniczych uchodzą Francuzi i Polacy.

- Wina leży po stronie rządu - mówi Ryszard Petru, główny ekonomista Banku BPH. - Związkowcy działają tak, jak im na to pozwalają władze. Jeśli we Francji palone są budynki, i nie spotyka się to z żadną reakcją, to... widocznie tak można.

Ekonomiści zwracają uwagę na fakt, że podejmując decyzje inwestycyjne biznes bierze pod uwagę wszystkie czynniki, które mogą zdarzyć się w najbliższej przyszłości, jak również te, które wydają się tylko hipotetyczne. Przykładem są umowy społeczne zawierane w elektrowniach i elektrociepłowniach przez związki i zarządy firm. Związkowcy twierdzą, że nawet 15-letnie okresy ochronne dla pracowników tak naprawdę niewiele kosztują pracodawców, bo jeśli wszystko pójdzie dobrze, to nikt nikogo nie zwolni, a więc i nie trzeba będzie wypłacać wysokich odpraw.

- Niestety, rynek to ciągłe zmiany - przypomina Petru. - Nie da się zadekretować, że ma być dobrze. A co będzie, jak sytuacja się zmieni i będzie gorzej? Przecież popyt na energię może spaść. Wcale nie trzeba być czarnowidzem, żeby wyobrazić sobie realizację inwestycji, które pozwolą na import taniej energii ze Wschodu. Wtedy trzeba będzie zwalniać, żeby ratować firmę.

Profesor Winiecki, który obserwował niemiecki rynek energii twierdzi, że polską energetykę czeka zarówno wymuszona przez Unię Europejską deregulacja, jak i wstrzymywana prywatyzacja.

- W Niemczech po przeprowadzeniu tych procesów, energii produkuje się nieco więcej niż poprzednio, ale zatrudnienie w przedsiębiorstwach branży energetycznej spadło o połowę - mów profesor Winiecki. - U nas też trzeba się przygotować na głębokie zmiany.

Zdaniem Jeremiego Mordasewicza z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” przykładem siły, ale jednocześnie egoistycznego podejścia związkowców do rozwiązywania problemów była sprawa górniczych emerytur.

- Dopłacamy do nich 20 miliardów złotych rocznie tylko dlatego, że jedna grupa potrafiła wywalczyć coś kosztem innych - mówi Mordasewicz. - Związkowcy z central nie reprezentują wszystkich swoich członków, ale tylko tych najsilniejszych. Przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy w kuluarach negocjacji w sprawie wcześniejszych emerytur słyszałem od związkowców „niech każdy sobie wywalczy”. Oni zupełnie nie dostrzegają konfliktu interesów ani niestosowności sytuacji, w której na przykład lekarze, pielęgniarki i nauczyciele muszą dopłacać górnikom 5,5 miliarda złotych rocznie do emerytur.

Związki najsilniejsze są w największych zakładach, które albo są państwowe, albo... niby sprywatyzowane. Chodzi na przykład o KGHM Polska Miedź. Wzrost ceny miedzi od razu zaowocował skierowaniem żądań o podwyżki. Mimo i tak wysokich pensji, zarząd zdecydował się na wypłacenie premii. Ciekawe, jak postąpi w momencie, kiedy sytuacja na światowych rynkach nie będzie już tak różowa?


Kto się boi panny „S”?


Jak zauważa Jan Macieja z Polskiej Akademii Nauk, jest jeszcze jeden obszar, w którym trzeba oceniać skutki działalności związkowców. To ogólnie mówiąc tworzenie klimatu sprzyjającego przyciąganiu inwestycji.

- Tam, gdzie chodzą demonstracje, palone są opony i wybuchają petardy, pojawia się z reguły mniej inwestorów - mówi Macieja. - Przykład to Śląsk, gdzie potrzeba nowych firm tworzących miejsca pracy,ale są też duże obawy przed lokowaniem nowych inwestycji.

Zdaniem Jeremiego Mordasewicza nowe inwestycje powstają tam, gdzie jest odpowiednio przygotowana infrastruktura.

- Dlaczego fabryki budowane są w okolicach Wrocławia, a nie na przykład Lublina? Bo do Wrocławia łatwo można dojechać - argumentuje Mordasewicz. - Ile dróg można byłoby zbudować za 20 miliardów złotych, które wydajemy na górnicze emerytury? Gdyby takie pieniądze skierować na infrastrukturę, można byłoby zatrudnić setki tysięcy ludzi przy budowie i ściągnąć wielu inwestorów, którzy stworzyliby kolejne setki tysięcy nowych miejsc pracy u siebie.

Wydaje się jednak, że dla polityków narażenie się na związkowy gniew jest w obecnych warunkach trudne do wyobrażenia. Dotyczy to zarówno rządzącej obecnie prawicy, jak i odsuniętej niedawno od władzy lewicy.

Najważniejszym punktem grudniowej wizyty premiera Kazimierza Marcinkiewicza w województwie śląskim było spotkanie z działaczami „Solidarności”. To obecnie organizacja, która może pochwalić się konkretnymi osiągnięciami. Niekwestionowaną gwiazdą wśród związkowców jest górnicza „Solidarność”. W dzisiejszej Polsce jej działacze są w stanie załatwić praktycznie wszystko. Zabierają głos i pojawiają się w miejscach, z których do węgla - wydawałoby się - jest bardzo bardzo daleko. Niestety, robią to dlatego, że po prostu swoich zadań nie wypełniają należycie instytucje państwowe.

- Prokuratura często zachowuje się tak, jakby bała się konsekwencji swoich działań - mówi profesor Winiecki. - Nadzór Skarbu Państwa jest fatalny. Dlatego też związkowcy wykorzystują sytuacje, by poprawić swój image.


W związku z inwestycją...


O prywatyzacji Polskich Hut Stali głośno jest od momentu ogłoszenia zamiaru sprzedaży największego producenta stali w naszym kraju. Jak wiadomo ostatecznym zwycięzcą został kontrolowany przez hinduskiego miliardera Lakshmi L. Mittala koncern LNM. Rozmowy prywatyzacyjne prowadzono w tak szybkim tempie, że przed podpisaniem ostatecznego porozumienia nie zdążono z parafowaniem negocjowanego przez związkowców pakietu socjalnego. Rządowi negocjatorzy wydawali się zbytnio nie przejmować tym faktem, najwyraźniej lekceważąc działające w zakładzie organizacje związkowe. Dzisiaj okazuje się, że może to był błąd, który będzie ich bardzo drogo kosztował.

Związkowcy wcale nie przestraszyli się bowiem zagranicznego inwestora i zaczęli domagać się realizacji wszystkich przyjętych przez koncern zobowiązań. Okazało się zresztą, że trafili w wyjątkowo słaby punkt. Podpisane na chybcika porozumienie zakładało bowiem zobowiązanie do zrealizowania w ciągu 2 lat inwestycji o wartości 2,4 miliarda złotych. Już rok temu związkowcy zaczęli organizować pikiety i demonstracje twierdząc, że w tej sprawie inwestor nic nie robi i... robić nie zamierza. Ze strony zarządu płynąć zaczęły zaprzeczenia, ale bezlitosne terminy okazały się silniejsze.

- Domagamy się tylko realizacji zobowiązań - zapewniał szef „Solidarności” w Mittal Steel Poland Władysław Molęcki.

Związkowcy nie poprzestali jednak na tym. Niespotykana od lat hossa, jaka zapanowała na stalowym rynku spowodowała, że zyski największego producenta stali w Polsce zaczęły być liczone w miliardach złotych. Okazało się, że kupowano za nie obligacje emitowane przez inną firmę kontrolowaną przez Mittal. Związkowcy złożyli więc doniesienie do prokuratury.

- Musieliśmy to zrobić, bo nikt inny nie interesuje się już naszym zakładem - mówi Molęcki. Związkowcy twardo domagają się też wprowadzenia swojego przedstawiciela do rady nadzorczej spółki. Nie bez podstawy twierdzą, że zasiadający w niej przedstawiciel Skarbu Państwa tak naprawdę nie orientuje się w tym, co dzieje się w zakładzie.


Prawo i pięść


W ostatnich latach praktycznie nie było wystąpień, gdzie nie pojawiałoby się kilka tych samych twarzy znanych z najgłośniejszych zadym. - Sfilmowałem pikietę, którą zorganizowali przed siedzibą zarządu firmy protestujący związkowcy - mówi Piotr Czajkowski, prezes KWK Budryk SA. - Naliczyłem około 150 uczestników, z czego w naszej kopalni zatrudnionych było może 5-6 osób. Reszta to były „zaciężne hufce”.

Kopalnia Budryk w Ornontowicach na Śląsku nie schodziła z pierwszych stron gazet przez kilka tygodni końca ubiegłego roku. Działające tam związki zawodowe ogłosiły bowiem spór z zarządem firmy domagając się większych wypłat dla zatrudnionych oraz odwołania z funkcji prezesa Czajkowskiego. Prezes postanowił jednak skierować do sądu wniosek o uniemożliwienie związkowcom przeprowadzenia działań, które powodują dla firmy dotkliwe straty finansowe. Przed zapowiadaną akcją sąd wydał takie postanowienie, co okrzyknięte zostało „pierwszym w IV RP sądowym zakazem strajku”.

- To zupełne nieporozumienie - mówi Czajkowski. - Nie chcę ograniczać prawa pracowników do strajku, bo to przecież gwarantuje Konstytucja RP. Chodziło mi jednak o to, by nie niszczono zakładu. Chciałem też, żeby w Polsce przestrzegane było prawo. Strajk można przecież ogłosić po spełnieniu kilku dokładnie opisanych w przepisach procedur. W naszych warunkach nikt się nimi specjalnie nie przejmuje.

Strajk w kopalni można bowiem przeprowadzić naprawdę niewielkimi siłami i środkami. Wystarczy kilku barczystych panów, którzy zablokują dojście do wind i... praktycznie cała praca jest sparaliżowana. Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że związkowcy przestraszyli się zakazów. Niemal nazajutrz rozpoczęły się pikiety, ale... pod domem Czajkowskiego. Na wywieszonych na płocie transparentach można było przeczytać hasła „złodziej”, „bandyta” itp. Podobne hasła wykrzykiwano podczas pikiet przed siedzibą firmy. Prezes skierował do sądu cywilnego pozew przeciwko szefowi górniczej „Solidarności” Dominikowi Kolorzowi o zniesławienie. Na razie nie wiadomo, kiedy odbędzie się rozprawa.

Wydaje się jednak, że związkowcy mogą spać spokojnie. Do tej pory sądy traktowały ich nadzwyczaj pobłażliwie. Do dzisiaj nie zapadł żaden wyrok w sprawie zniszczeń, jakie dokonane zostały w trakcie burzliwej pikiety przed siedzibą Kompanii Węglowej, gdzie śrubami i kamieniami rozbito niemal wszystkie szyby, a tynki upstrzono rzucanymi pojemnikami z farbą i jajkami. Nikt nie zajął się również groźbą spalenia budynku, choć przez długi czas przed drewnianymi drzwiami płonęły opony i symbolizujące członków zarządu kukły, a kilka biur zostało doszczętnie zniszczonych. Straty oszacowano na ponad 100 tysięcy złotych.

Transmitowana przez wszystkie telewizje demonstracja w sprawie górniczych emerytur w czerwcu ub.r. przerodziła się w prawdziwą zadymę. Szybko jednak okazało się, że była to cena jednego z największych sukcesów związkowców w ostatnich latach. W trybie pilnym pod obrady parlamentu wprowadzono punkt dotyczący górniczych emerytur, chociaż problemu nie udawało się rozwiązać od dobrych kilku lat. Pośpiesznie przegłosowana ustawa stała się obowiązującym prawem i - pomimo zastrzeżeń ze strony konstytucjonalistów - nawet prezydent RP nie odważył się odmówić złożenia pod nią podpisu.

W ostatnim czasie związkowcy są w zdecydowanej ofensywie. Chcą nie tylko nowej ustawy emerytalnej i pakietów socjalnych w największych przedsiębiorstwach, ale grożą też bojkotem konkretnych towarów. Ostatnio ogłoszono, że górnicy przestaną... jeść chipsy i pić pepsi, jeśli koncern PepsiCo nie przywróci do pracy zwolnionego związkowca i nie ukarze winnych molestowania w jednym z zakładów pracownic.

- Kaduk wisi nad Polską - grzmi Kazimierz Grajcarek, szef sekretariatu górnictwa i energetyki NSZZ „Solidarność”, który w tej sprawie wystosował do zarządu firmy protest. - Jakby coś takiego stało się w Niemczech, we Francji, czy w Wielkiej Brytanii, to winni w jeden dzień pożegnaliby się z posadą. A u nas? Nic. Pracodawcy? Szefowa Konfederacji Pracodawców Prywatnych, która chciała zostać Prezydentem RP, nawet nie zająknęła się na temat gwałcenia praw obywatelskich. Obawiam się, że w sprawie łamania praw kobiet jest w Polsce ciche przyzwolenie. My uważamy, że najważniejszy w zakładzie jest człowiek i dlatego nie zamierzamy siedzieć cicho. Mam gdzieś to, czy ktoś uzna, że wsadzam nos w nie swoje sprawy.

Nowy Przemysł - numer 02/2006, Jarosław Latacz

Źródło:
Tematy

Komentarze (1)

dodaj komentarz
~robak
przekształcenia zakładów w Polsce w ostatnim ćwierćwieczu polegają na zakamuflowanym doprowadzeniu do bankructwa, prywatyzacji, oddania w obce ręce i likwidacji nie z powodów rynkowych a politycznych czy wręcz agenturalnych

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki