Podczas weekendowego szczytu grupy G20 politycy zapowiedzieli, że kurek z publicznymi pieniędzmi „wspierającymi gospodarkę” nie zostanie przykręcony. Reakcja rynku była jednoznaczna: dolar poszedł w dół, a złoto wraz z giełdowymi indeksami w górę.
W efekcie w poniedziałek o godzinie 11:40 za uncję złotego kruszcu trzeba było zapłacić rekordowe 1.108$, czyli o 1,2% więcej niż przed weekendem. Ale wciąż mówimy tylko o rekordzie nominalnym – bowiem po uwzględnieniu inflacji szczyt ze stycznia 1980 roku wypadłby na poziomie 2.227$ za uncję.
W ten sposób inwestorzy zareagowali na słowa najbardziej wpływowych polityków. Brytyjski minister finansów Alistair Darling powiedział, że on i jego koledzy z 20 najważniejszych gospodarek świata nie zrezygnują ze „wspierania gospodarek”, pompując weń kolejne miliardy euro, funtów i dolarów. Dla inwestorów oznacza to jedno: groźbę niekontrolowanego wzrostu inflacji, przed którą warto się zabezpieczyć inwestując w metale szlachetne.
Jednakże część uczestników rynku odebrała też komunikat z grupy G20 jako obietnicę utrzymania za wszelką cenę chwiejnego wzrostu gospodarczego. To z kolei skłaniało do kupowania akcji i gry pod osłabienie dolara. W rezultacie kurs EUR/USD ponownie zbliżył się do granicy 1,50$, a słabszy dolar niemal automatycznie przełożył się na wyższe wyceny surowców.
Reakcja eurodolara wynika też z tego, co w komunikacie ze szkockiego spotkania się nie znalazło. Otóż możni tego świata nie poruszyli kwestii słabości dolara, co oddaliło i tak niewielkie jak na razie ryzyko globalnej interwencji mającej na celu zatrzymanie deprecjacji amerykańskiego pieniądza.
Analityków zastanawia też słaba podaż fizycznego metalu. „Sprzedaż złotego złomu jest minimalna. A przecież przy tych poziomach cenowych można się było spodziewać, że na rynek trafią tony metalu” – mówił Bloombergowi Afshin Nabavi, wiceprezes MKS Finance SA - szwajcarskiej firmy handlującej złotem.
Krzysztof Kolany






























































