REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Trzecia odsłona kryzysu

2010-01-13 13:36
publikacja
2010-01-13 13:36
Najpierw obwieszczono nam kryzys globalnych finansów. Potem – gospodarek w poszczególnych krajach. Tu skala załamania była, podobnie jak w przypadku banków, bardzo zróżnicowana, chociaż trudno by doszukać się jakiejś w tym regularności czy proporcjonalności. Przykładem chociażby poziom kryzysu gospodarczego u naszych najbliższych sąsiadów – Litwy, Łotwy czy Ukrainy.

Teraz słychać już głosy o wychodzeniu z zapaści ekonomicznej, już podobno wieje optymizmem, a mimo to wyraźnie nadchodzi trzecia odsłona tego kryzysu. Tym razem chodzi o dramatyczną bezradność ekonomistów w interpretowaniu najnowszych doświadczeń. Najbardziej spektakularnym przejawem tego zjawiska jest odbywająca się właśnie bezpardonowa dyskusja pomiędzy koryfeuszami nauk ekonomicznych na amerykańskich uniwersytetach. Swego rodzaju sygnałem do tej nietypowej wojny był artykuł ubiegłorocznego laureata Nagrody Nobla Paula Krugmana. Ten specjalista od nowej geografii ekonomicznej, czyli teorii wyjaśniającej m.in. zjawisko globalizacji, opublikował w swoim stałym felietonie na łamach „New York Timesa” tekst dotyczący kryzysu, ale tym razem kryzysu ekonomii oraz oskarżenie pod adresem swoich kolegów za uganianie się za urokliwymi modelami matematycznymi i iluzjami typu: rynek się nigdy nie myli.

Na reakcje nie trzeba było długo czekać, zwłaszcza z twierdzy monetarystów, czyli University of Chicago. Autor burzy szybko stał się więc przedstawicielem „prostackiego keynesizmu”, a nawet więcej – takim ekonomistą, który nic nie rozumie. W sukurs Krugmanowi przyszedł natomiast teoretyk i praktyk gospodarczy, czyli J. Bradford Delong, profesor ekonomii i historii gospodarczej na University of Berkeley, który w administracji prezydenta Billa Clintona pełnił funkcję podsekretarza skarbu.
Zaprenumeruj miesięcznik finansowy BANK
Ten głos w dyskusji był dodatkowo o tyle ciekawy, że odwołał się do filozoficznych teorii Davida Hume`a. I nie chodzi nawet o jego rozważania, co by się stało, gdyby „pieniądze w Wielkiej Brytanii w ciągu jednej nocy uległy pięciokrotnemu pomnożeniu”. Bardziej bowiem interesujące są analizy filozofa dotyczące natury naszego poznawania świata. Hume był kontynuatorem tradycji angielskiego empiryzmu, czyli Locke`a i po części Berkeleya, ale poszedł bardziej w kierunku sceptycyzmu. Twierdził, że bada nie rzeczy, lecz nasze o nich przedstawienia. Natomiast w stosunku do przedstawień stosował fundamentalny podział na: pierwotne i pochodne. Pierwotne przedstawienia nazwał wrażeniami, a pochodne – ideami. A jedno z najważniejszych jego twierdzeń brzmiało: idee pochodzą z wrażeń. Wrażenia to jakby pierwowzory, na podstawie których umysł wytwarza idee. Innymi słowy to poprzez wrażenia poznajemy rzeczywistość i to one są sprawdzianem prawdziwości naszych idei. Idee więc mają wartość tylko o tyle, o ile dobrze odzwierciedlają nasze wrażenia. Nasze analizy sprowadzić więc można do badania stosunków między ideami oraz badania faktów. A właśnie matematyka bada stosunki pomiędzy ideami. I tak, na przykład, twierdzenie Pitagorasa jest prawdziwe niezależnie od doświadczenia. Natomiast twierdzenia o faktach nie są już ani tak oczywiste, ani tak pewne. Najważniejsze zagadnienie, jakie postawił Hume brzmiało: co doświadczenie zawiera poza stwierdzeniem faktów? Można więc powiedzieć, że na podstawie doświadczenia wykraczamy poza fakty tylko wtedy, jeśli możemy twierdzić coś pewnego o fakcie, który jeszcze nie nastąpił. Wtedy jednak musi mieć miejsce związek konieczny, a nie związek przyczynowy, jakim z reguły w naszym wnioskowaniu się posługujemy.

Dlaczego warto sięgnąć po te pozornie tylko odległe i wydumane rozważania? Bo clou problemu w dużej części chyba polega na braku uporządkowania pojęć i zjawisk w określaniu tego, co i jak jest poznawane. Jak wiadomo, filozofia stała się zbędnym ornamentem dla erudytów i dziwaków, a różne rodzaje nauk prześcigają się we fragmentarycznych opisach i diagnozach. I problem dzisiaj polega chyba również na braku odpowiedniej syntezy i poprawnym stwierdzeniu, co wynika z badań szczegółowych. Te zastrzeżenia w mniejszym stopniu dotyczą takich nauk, jak matematyka czy fizyka, gdzie język liczb i sprawdzone metodologie w żaden sposób nie pozwoliłyby, aby jakiegokolwiek wybitnego przedstawiciela tych nauk nazwać ignorantem. Na tym polega właśnie odmienność takich nauk, jak ekonomia, gdzie tego typu zachowanie można odebrać w kategoriach elegancji, a nie poprawności merytorycznej. Prof. Leszek Balcerowicz ostatnio w jednym z wywiadów stwierdził, że „obecna sytuacja wyzwoli dodatkową energię intelektualną i duchową”. Być może to prawda. Na razie, jak widać, ekonomiści zaczynają od obrzucania się epitetami i jak zawsze odwoływać się do swoich klasyków albo fragmentarycznych rozwiązań. Coraz bardziej palące staje się jednak oczekiwanie na swego rodzaju summę ekonomiczną.

Więcej w miesięczniku finansowym BANK

Zaprenumeruj BANK


Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (1)

dodaj komentarz
~JerzyB.
Polecam prześledzenie choć fragmentu tej debaty - relacjonuje ją portal obserwatorfinansowy.pl, chyba jako jedyny w Polsce

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki