Teraz słychać już głosy o wychodzeniu z zapaści ekonomicznej, już podobno wieje optymizmem, a mimo to wyraźnie nadchodzi trzecia odsłona tego kryzysu. Tym razem chodzi o dramatyczną bezradność ekonomistów w interpretowaniu najnowszych doświadczeń. Najbardziej spektakularnym przejawem tego zjawiska jest odbywająca się właśnie bezpardonowa dyskusja pomiędzy koryfeuszami nauk ekonomicznych na amerykańskich uniwersytetach. Swego rodzaju sygnałem do tej nietypowej wojny był artykuł ubiegłorocznego laureata Nagrody Nobla Paula Krugmana. Ten specjalista od nowej geografii ekonomicznej, czyli teorii wyjaśniającej m.in. zjawisko globalizacji, opublikował w swoim stałym felietonie na łamach „New York Timesa” tekst dotyczący kryzysu, ale tym razem kryzysu ekonomii oraz oskarżenie pod adresem swoich kolegów za uganianie się za urokliwymi modelami matematycznymi i iluzjami typu: rynek się nigdy nie myli.
Na reakcje nie trzeba było długo czekać, zwłaszcza z twierdzy monetarystów, czyli University of Chicago. Autor burzy szybko stał się więc przedstawicielem „prostackiego keynesizmu”, a nawet więcej – takim ekonomistą, który nic nie rozumie. W sukurs Krugmanowi przyszedł natomiast teoretyk i praktyk gospodarczy, czyli J. Bradford Delong, profesor ekonomii i historii gospodarczej na University of Berkeley, który w administracji prezydenta Billa Clintona pełnił funkcję podsekretarza skarbu.
![]() | Zaprenumeruj miesięcznik finansowy BANK |
Dlaczego warto sięgnąć po te pozornie tylko odległe i wydumane rozważania? Bo clou problemu w dużej części chyba polega na braku uporządkowania pojęć i zjawisk w określaniu tego, co i jak jest poznawane. Jak wiadomo, filozofia stała się zbędnym ornamentem dla erudytów i dziwaków, a różne rodzaje nauk prześcigają się we fragmentarycznych opisach i diagnozach. I problem dzisiaj polega chyba również na braku odpowiedniej syntezy i poprawnym stwierdzeniu, co wynika z badań szczegółowych. Te zastrzeżenia w mniejszym stopniu dotyczą takich nauk, jak matematyka czy fizyka, gdzie język liczb i sprawdzone metodologie w żaden sposób nie pozwoliłyby, aby jakiegokolwiek wybitnego przedstawiciela tych nauk nazwać ignorantem. Na tym polega właśnie odmienność takich nauk, jak ekonomia, gdzie tego typu zachowanie można odebrać w kategoriach elegancji, a nie poprawności merytorycznej. Prof. Leszek Balcerowicz ostatnio w jednym z wywiadów stwierdził, że „obecna sytuacja wyzwoli dodatkową energię intelektualną i duchową”. Być może to prawda. Na razie, jak widać, ekonomiści zaczynają od obrzucania się epitetami i jak zawsze odwoływać się do swoich klasyków albo fragmentarycznych rozwiązań. Coraz bardziej palące staje się jednak oczekiwanie na swego rodzaju summę ekonomiczną.




























































