Wczoraj przez rynki finansowe przetoczyła się fala wyprzedaży amerykańskich aktywów. Inwestorzy przestraszyli się, że Stany Zjednoczone za sprawą ogromnego deficytu budżetowego stracą swój elitarny rating AAA. Taka groźba wisi już nad Wielką Brytanią, której agencja Standard & Poor’s zmieniła perspektywę ratingu ze stabilnej do negatywnej.
Informacje te tylko z pozoru nie mają wpływu na rynek ropy. Jednak ich skutkiem jest deprecjacja dolara, co sprawia, że surowce w nim kwotowane stają się tańsze dla inwestorów spoza USA. Z kolei fundusze z Ameryki czasami wykorzystują kontrakty surowcowe w celu zabezpieczenia przed spadkiem wartości „zielonego”.
W rezultacie o godzinie 13:45 za baryłkę ropy Brent płacono 60,51 dolarów, czyli o 1,1% więcej niż na zamknięciu czwartkowych notowań. Baryłkę amerykańskiego surowca gatunku Light Crude wyceniano na 61,56$, a więc o 0,9% wyżej niż wczoraj. Od początku tygodnia „czarne złoto” podrożało już o 7,7% po drodze ustanawiając tegoroczne maksimum.
O dobrych nastrojach wśród handlujących ropą świadczy fakt, że jako przyczynę wzrostu cen coraz częściej wymienia się sytuację w Nigerii. Według oficjalnych danych nigeryjskiego rządu z powodu działalności lokalnych bojówek wydobycie surowca spadło do 1,6 mln baryłek dziennie. Oznacza to, że moce produkcyjne największego afrykańskiego eksportera ropy są wykorzystywane w zaledwie 50%. Tyle że w obliczu bardzo wysokich zapasów surowca w Europie i Stanach Zjednoczonych taki spadek produkcji nie ma żadnego wpływu na bilans popytu i podaży w przypadku fizycznego obrotu ropą.
K.K.





























































