2002-03-16 19:14 Źródło: Piotr Kuczyński
Rynek amerykański
W tym tygodniu indeksy amerykańskie zmieniły się niewiele, ale jednak DJIA wzrósł kolejny, piąty tydzień z rzędu. Znowu ważne były dane makro, które malują ciekawy obraz sytuacji. Owszem sprzedaż detaliczna wzrosła, ale znacznie mniej niż prognozowali analitycy. Nawet ja, mimo ciągle niedźwiedziego nastawienia do rynku (w dłuższym terminie), byłem zdziwiony. Konsumenci wcale nie pędzą do sklepów. Po początkowym okresie zakupów, kiedy zachłysnęli się przecenami i niską ceną kredytu zaczęli się zastanawiać. Nie twierdzę, że ten trend się utrzyma, ale niewątpliwe jest to sygnał ostrzegawczy.
Następnym ostrzeżeniem, według mnie, był wzrost zapasów. Spotkałem interpretację mówiącą, że były to bardzo dobre dane, ponieważ oznaczały, że magazyny zapełniają się nową produkcją. Ciekawa interpretacja. Ja uważam, że szybciej niż oczekiwałem zaczął się proces napełniania magazynów ze względu na mniejszą od oczekiwanej sprzedaż. O tym zresztą mówił również A.Greenspan występujący w Honolulu. Po reakcji rynku na to, co powiedział miałem wrażenie, że analitycy nie czytali dokładnie poprzednich wystąpień szefa Fed. A przecież nie powiedział nic nowego: popyt konsumentów nie wzrośnie tym razem tak mocno, jak podczas ostatnich recesji. Nawet ja to omawiałem wielokrotnie.
Dane pokazały również, że rosła produkcja i nieco wzrósł stopień wykorzystania potencjału przemysłowego. Tym razem pomijam to, że wzrósł indeks nastrojów, bo to dane za początek marca, kiedy „enronitis” przycichła, dane były wspaniałe, a indeksy rosły. Wniosek według mnie jest prosty: producenci uwierzyli w ożywienie i zwiększają produkcję, która zaczyna zapełniać magazyny, bo popyt jest słabszy od oczekiwanego. Dlatego też nie rośnie inflacja u producentów: nie mają sił, żeby zwiększać ceny.
Teoretycznie inwestorzy powinni zacząć niepokoić się wzrostem cen towarów (CRB) i ropy, co w końcu wpłynie na inflację. Jednak po pierwsze wpływ wzrostu cen towarów będzie widoczny dopiero w końcówce drugiego kwartału – tak to się przeniesie w czasie po wzroście cen towarów od listopada 2001. Po drugie na początku inwestorzy wytłumaczą sobie ten wzrost, jako normalny proces w czasie, kiedy gospodarka odżywa, a wzrost cen ropy na razie zlekceważą (będzie to nawet powodowało wzrost cen akcji koncernów paliwowych). Zlekceważą, dlatego że to niepokój o atak USA na Irak i sytuacja na Bliskim Wschodzie powodują wzrosty cen ropy. Jednak dopóki kraje arabskie nie opowiedzą się wyraźnie po stronie Iraku i Autonomii Palestyńskiej to inwestorzy nie będą widzieli niebezpieczeństw. Poza tym polityka USA wywołuje stopniowe przygotowanie do tego, że atak na Irak jest nieunikniony. Takie powolne przygotowanie powoduje, że nie będzie gwałtownych reakcji w czasie, kiedy ten atak już nastąpi (ciągle pod warunkiem, że kraje arabskie nie ograniczą wydobycia ropy). Poza tym mówi się dopiero o maju. Nie ukrywam, że (nie popierając oczywiście Saddama Hussajna) uważam, iż atak na Irak będzie olbrzymim błędem administracji Busha, a powody są zupełnie inne niż ogłaszane oficjalnie (chodzi o nakręcenie koniunktury w przemyśle zbrojeniowym). Skutki dla gospodarki światowej będą dokładnie odwrotne od oczekiwanych. Nie będę tego twierdzenia udowadniał, bo wymagałoby to napisania komentarza stricte politycznego.
Ciekawie wygląda sytuacja dolara. Z formacji odwróconej RGR na jenie wygląda, że powinien się osłabić (jen) o 13%. Z tego wynikałoby, że na wykresie euro dojdzie do wyjścia dołem z trójkąta i osłabienia też o około 13%. Gdyby tak było (co prawda trudno w to uwierzyć) to inflacja nadal nie groziłaby USA, ale eksporterzy mogliby zapomnieć o zwiększeniu zysków, a to nie pomogłoby indeksom giełdowym.
Staram się bardzo, żeby nie zwracać uwagi na to, co mówią rynkowi guru. Jednak, ponieważ jestem chyba jedynym analitykiem w Polsce, który nie widzie świetlanej przyszłości gospodarki USA to z chęcią korzystam z nielicznych, a znanych nazwisk osób, które są podobnego co ja zdania, żeby upewnić szanownych Czytelników, że nie mają do czynienia z kompletnym oszołomem. Chciałbym więc poinformować, że legendarny Warren Buffet widzi 10 lat dekoniunktury na rynku akcji. A Stephen Roach, bardzo znany ekonomista Morgan Stanley, w eseju „Jak mogłem być taki głupi” z 11. marca pisze, że jest chyba jedynym ekonomistą w USA, który uważa, że będzie wkrótce nawrót recesji (to jest nas przynajmniej dwóch na świecie), ale mimo to nadal podtrzymuje swoje stanowisko. Jego poglądy zasługują na omówienie, ale to już w innym komentarzu. Przy okazji dziękuję Koledze o nicku „Techstocker” za podrzucenie mi tego artykułu.
W tym tygodniu ważne będzie przede wszystkim posiedzenie FOMC. Prawdę mówiąc wiadomo, co Fed zrobi ze stopami: pozostawi bez zmian. Nie wiadomo tylko, jakie będzie nastawienie do przyszłości (neutralne czy w kierunku zaostrzenia). Inwestorzy boją się tego drugiego. Według mnie będzie zmiana na neutralne – Fed będzie bardzo ostrożny. To powinno dobrze podziałać na rynki akcji. Oprócz posiedzenia FOMC mamy oczywiście dane makro, z których najważniejsze to raporty o budownictwie (prognozowany spadek), inflacja i wyprzedzające wskaźniki (LEI) za luty. Uważam, że jedynym prawdziwym zagrożeniem są właśnie LEI, bo może się okazać, iż prognozy są za bardzo optymistyczne.
W obrazie indeksów z punktu widzenia analizy technicznej od wielu tygodni nie ma zmian. DJIA od początku listopada jest w kanale trendu wzrostowego, którego górne ograniczenie jest w okolicy 10.700 pkt. Sam indeks już od 10 sesji nie może trwale pokonać oporu na 10.600 pkt., ale ciągle go atakuje. Pokonanie tego poziomu wyzwoliłoby niezwykłe pokłady optymizmu w sam raz do wygenerowania wzrostów, które mogłyby doprowadzić nawet do ataku na 11.350 pkt. Wydaje mi się to nieprawdopodobne i uważam, że ewentualny wzrost nie powinien przekroczyć 10.800, ale na tym rynku jest tyle kapitału, że wszystko jest możliwe. Od października 2001 śledzę wartość tygodniowych zmian przepływów do/z funduszy akcji w USA (10 mld. to była wartość odniesienia). Widać wyraźnie jak to wygląda. Dopiero zejście poniżej 10.270 otwierałoby drogę w kierunku dolnego ograniczenia kanału. Bardzo podobnie wygląda S&P 500. Przełamanie 1175 pkt. otwiera drogę do 1220 – 1240 pkt. Wsparciem jest 1143, a potem 1120 pkt. TRIN nie daje sygnału sprzedaży, ale średnia 15. sesyjna jest już tak nisko, że trzeba zachować ostrożność. Najgorzej wygląda NASDAQ. Zachowuje się bardzo słabo, a do wsparcia na 1830 pkt. jest dużo bliżej niż do oporu na 1930 pkt. Gdyby zostało przełamane wsparcie to spadek może sięgnąć 1700 pkt. Jeśli pokonany będzie opór to wzrost może doprowadzić nawet do 2050 pkt.
Sytuacja na amerykańskim rynku akcji jest niezwykle skomplikowana od strony obrazu technicznego, ale jasna fundamentalnie (akcje są o wiele za drogie). W przyszłym tygodniu zamyka się „window of opportunity”, w którym akcje mogły rosnąć: zaczną się ostrzeżenia spółek przed końcem kwartału, a ostrzeżenia są gorsze niż same wyniki. Indeksy mają czas tylko od momentu zakończenia posiedzenia FOMC do (maksimum) końca tygodnia, żeby pokonać opory techniczne i wkroczyć piętro wyżej, potem powinniśmy być świadkami sporej korekty.
Następnym ostrzeżeniem, według mnie, był wzrost zapasów. Spotkałem interpretację mówiącą, że były to bardzo dobre dane, ponieważ oznaczały, że magazyny zapełniają się nową produkcją. Ciekawa interpretacja. Ja uważam, że szybciej niż oczekiwałem zaczął się proces napełniania magazynów ze względu na mniejszą od oczekiwanej sprzedaż. O tym zresztą mówił również A.Greenspan występujący w Honolulu. Po reakcji rynku na to, co powiedział miałem wrażenie, że analitycy nie czytali dokładnie poprzednich wystąpień szefa Fed. A przecież nie powiedział nic nowego: popyt konsumentów nie wzrośnie tym razem tak mocno, jak podczas ostatnich recesji. Nawet ja to omawiałem wielokrotnie.
Dane pokazały również, że rosła produkcja i nieco wzrósł stopień wykorzystania potencjału przemysłowego. Tym razem pomijam to, że wzrósł indeks nastrojów, bo to dane za początek marca, kiedy „enronitis” przycichła, dane były wspaniałe, a indeksy rosły. Wniosek według mnie jest prosty: producenci uwierzyli w ożywienie i zwiększają produkcję, która zaczyna zapełniać magazyny, bo popyt jest słabszy od oczekiwanego. Dlatego też nie rośnie inflacja u producentów: nie mają sił, żeby zwiększać ceny.
Teoretycznie inwestorzy powinni zacząć niepokoić się wzrostem cen towarów (CRB) i ropy, co w końcu wpłynie na inflację. Jednak po pierwsze wpływ wzrostu cen towarów będzie widoczny dopiero w końcówce drugiego kwartału – tak to się przeniesie w czasie po wzroście cen towarów od listopada 2001. Po drugie na początku inwestorzy wytłumaczą sobie ten wzrost, jako normalny proces w czasie, kiedy gospodarka odżywa, a wzrost cen ropy na razie zlekceważą (będzie to nawet powodowało wzrost cen akcji koncernów paliwowych). Zlekceważą, dlatego że to niepokój o atak USA na Irak i sytuacja na Bliskim Wschodzie powodują wzrosty cen ropy. Jednak dopóki kraje arabskie nie opowiedzą się wyraźnie po stronie Iraku i Autonomii Palestyńskiej to inwestorzy nie będą widzieli niebezpieczeństw. Poza tym polityka USA wywołuje stopniowe przygotowanie do tego, że atak na Irak jest nieunikniony. Takie powolne przygotowanie powoduje, że nie będzie gwałtownych reakcji w czasie, kiedy ten atak już nastąpi (ciągle pod warunkiem, że kraje arabskie nie ograniczą wydobycia ropy). Poza tym mówi się dopiero o maju. Nie ukrywam, że (nie popierając oczywiście Saddama Hussajna) uważam, iż atak na Irak będzie olbrzymim błędem administracji Busha, a powody są zupełnie inne niż ogłaszane oficjalnie (chodzi o nakręcenie koniunktury w przemyśle zbrojeniowym). Skutki dla gospodarki światowej będą dokładnie odwrotne od oczekiwanych. Nie będę tego twierdzenia udowadniał, bo wymagałoby to napisania komentarza stricte politycznego.
Ciekawie wygląda sytuacja dolara. Z formacji odwróconej RGR na jenie wygląda, że powinien się osłabić (jen) o 13%. Z tego wynikałoby, że na wykresie euro dojdzie do wyjścia dołem z trójkąta i osłabienia też o około 13%. Gdyby tak było (co prawda trudno w to uwierzyć) to inflacja nadal nie groziłaby USA, ale eksporterzy mogliby zapomnieć o zwiększeniu zysków, a to nie pomogłoby indeksom giełdowym.
Staram się bardzo, żeby nie zwracać uwagi na to, co mówią rynkowi guru. Jednak, ponieważ jestem chyba jedynym analitykiem w Polsce, który nie widzie świetlanej przyszłości gospodarki USA to z chęcią korzystam z nielicznych, a znanych nazwisk osób, które są podobnego co ja zdania, żeby upewnić szanownych Czytelników, że nie mają do czynienia z kompletnym oszołomem. Chciałbym więc poinformować, że legendarny Warren Buffet widzi 10 lat dekoniunktury na rynku akcji. A Stephen Roach, bardzo znany ekonomista Morgan Stanley, w eseju „Jak mogłem być taki głupi” z 11. marca pisze, że jest chyba jedynym ekonomistą w USA, który uważa, że będzie wkrótce nawrót recesji (to jest nas przynajmniej dwóch na świecie), ale mimo to nadal podtrzymuje swoje stanowisko. Jego poglądy zasługują na omówienie, ale to już w innym komentarzu. Przy okazji dziękuję Koledze o nicku „Techstocker” za podrzucenie mi tego artykułu.
W tym tygodniu ważne będzie przede wszystkim posiedzenie FOMC. Prawdę mówiąc wiadomo, co Fed zrobi ze stopami: pozostawi bez zmian. Nie wiadomo tylko, jakie będzie nastawienie do przyszłości (neutralne czy w kierunku zaostrzenia). Inwestorzy boją się tego drugiego. Według mnie będzie zmiana na neutralne – Fed będzie bardzo ostrożny. To powinno dobrze podziałać na rynki akcji. Oprócz posiedzenia FOMC mamy oczywiście dane makro, z których najważniejsze to raporty o budownictwie (prognozowany spadek), inflacja i wyprzedzające wskaźniki (LEI) za luty. Uważam, że jedynym prawdziwym zagrożeniem są właśnie LEI, bo może się okazać, iż prognozy są za bardzo optymistyczne.
W obrazie indeksów z punktu widzenia analizy technicznej od wielu tygodni nie ma zmian. DJIA od początku listopada jest w kanale trendu wzrostowego, którego górne ograniczenie jest w okolicy 10.700 pkt. Sam indeks już od 10 sesji nie może trwale pokonać oporu na 10.600 pkt., ale ciągle go atakuje. Pokonanie tego poziomu wyzwoliłoby niezwykłe pokłady optymizmu w sam raz do wygenerowania wzrostów, które mogłyby doprowadzić nawet do ataku na 11.350 pkt. Wydaje mi się to nieprawdopodobne i uważam, że ewentualny wzrost nie powinien przekroczyć 10.800, ale na tym rynku jest tyle kapitału, że wszystko jest możliwe. Od października 2001 śledzę wartość tygodniowych zmian przepływów do/z funduszy akcji w USA (10 mld. to była wartość odniesienia). Widać wyraźnie jak to wygląda. Dopiero zejście poniżej 10.270 otwierałoby drogę w kierunku dolnego ograniczenia kanału. Bardzo podobnie wygląda S&P 500. Przełamanie 1175 pkt. otwiera drogę do 1220 – 1240 pkt. Wsparciem jest 1143, a potem 1120 pkt. TRIN nie daje sygnału sprzedaży, ale średnia 15. sesyjna jest już tak nisko, że trzeba zachować ostrożność. Najgorzej wygląda NASDAQ. Zachowuje się bardzo słabo, a do wsparcia na 1830 pkt. jest dużo bliżej niż do oporu na 1930 pkt. Gdyby zostało przełamane wsparcie to spadek może sięgnąć 1700 pkt. Jeśli pokonany będzie opór to wzrost może doprowadzić nawet do 2050 pkt.
Sytuacja na amerykańskim rynku akcji jest niezwykle skomplikowana od strony obrazu technicznego, ale jasna fundamentalnie (akcje są o wiele za drogie). W przyszłym tygodniu zamyka się „window of opportunity”, w którym akcje mogły rosnąć: zaczną się ostrzeżenia spółek przed końcem kwartału, a ostrzeżenia są gorsze niż same wyniki. Indeksy mają czas tylko od momentu zakończenia posiedzenia FOMC do (maksimum) końca tygodnia, żeby pokonać opory techniczne i wkroczyć piętro wyżej, potem powinniśmy być świadkami sporej korekty.


Dodaj komentarz