Opublikowany wczoraj po południu raport Departamentu Energii przy wsparciu wzrostów na Wall Street i słabnącego dolara doprowadził do sytuacji, w której na nowojorskiej giełdzie baryłka ropy kosztowała prawie 81$.
Warto jednak bliżej przyjrzeć się tym danym. Inwestorzy zwrócili uwagę zwłaszcza na spadek zapasów ropy sięgający aż o czterech milionów baryłek, podczas gdy oczekiwano ich wzrostu o 1,3 mln. Tyle że redukcja rezerw surowca wynikała z trzech czynników. Po pierwsze była to niewielka produkcja w rafineriach, które w ubiegłym tygodniu wykorzystywały zaledwie 80,6% swojego potencjału. Poniżej 80% wskaźnik ten spada tylko podczas huraganów uderzających w wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Po drugie aż o 8,6% spadł import surowca, który wyniósł tylko 8,1 mln baryłek dziennie – to jeden z najniższych wyników w ciągu ostatnich sześciu lat.
I w końcu za część spadku zapasów odpowiadała większa konsumpcja benzyny i paliwa lotniczego. W minionym tygodniu na amerykańskie stacje benzynowe trafiało średnio dziewięć milionów baryłek paliwa dziennie – to jednak wciąż o 0,9% mniej niż przed rokiem. Implikowany popyt na ropę wyniósł 19,1 mln baryłek dziennie, rosnąc o 3,4%, ale wciąż był o 7% niższy od średniej z lat 2004-08. Takie dane raczej nie tłumaczą cen rzędu 80$ za baryłkę.
Tymczasem o godzinie 14:30 za baryłkę amerykańskiej ropy Light Crude płacono 80,23$, zaś europejski surowiec marki Brent był wyceniany na 78,80$.
K.K.


























































