2009-09-16 06:00 Źródło: Miesięcznik Bank
Przywileje dla banków
Bez względu na to, w jakiej fazie wychodzenia z zapaści znajduje się gospodarka Stanów Zjednoczonych, proces ożywienia, bez drastycznych reform systemu finansowego i bankowego, nie potrwa długo.
Wskaźnik giełdy nowojorskiej, Dow Jones Industrial Average, po raz pierwszy od ponad pół roku, 23 lipca 2009 r., pokonał granicę 9000 punktów. Bank inwestycyjny Goldman Sachs zapowiada podwyżkę pensji dla swoich bankierów. Większość banków notuje zyski. Nawet CITI Bank. I przemysł motoryzacyjny. Po ostatnim, rekordowym spadku cen w maju i czerwcu, na rynku nieruchomości zaczyna się ruch. Czy to już koniec kryzysu? Czy pakiety stymulujące, najpierw Busha, potem Obamy obudziły kolosa?
Niezupełnie. Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego prezydenckie notowania spadają na łeb na szyję? Giełda wchodzi wprawdzie w fazę byka, ale w tym samym czasie, ospałe przez ostatni rok złoto zbliża się ponownie do rekordowej granicy 1000 dolarów za uncję. Rośnie bezrobocie, które – tylko dzięki kreatywnej księgowości i trickom propagandowym – nie przekroczyło jeszcze granicy 10 procent. Dolar szybko traci na wartości. W ciągu ostatniego półrocza deprecjacja waluty amerykańskiej w stosunku do euro wyniosła ponad 15 proc., zaś do polskiego złotego aż o 27 proc. Groźba dwucyfrowej inflacji wydaje się być coraz wyraźniejsza. Spada produkcja przemysłowa, a straty notują nawet takie pewniaki, jak Microsoft i MacDonald’s. Na domiar złego, Amerykanów czeka drastyczna podwyżka podatków, a co gorsza – upaństwowienie służby zdrowia. Bez względu na to, w jakiej fazie wychodzenia z zapaści znajduje się gospodarka Stanów Zjednoczonych, proces ożywienia, bez reform nie potrwa długo. Po kilku miesiącach może rozpocząć się kolejna recesja, kto wie czy nie gorsza od ostatniej. Tym razem pęknie bańka niespłacanych kredytów hipotecznych, za które kupowano i budowano biurowce, centra handlowe, fabryki i inne nieruchomości komercyjne.
Dlaczego ta reforma?
W normalnych warunkach, w sytuacjach jak obecna, winowajcą był tajemniczy cykl koniunkturalny. Wszyscy wiedzieli, że po okresie boomu musi nastąpić okres bessy, gospodarka zwalnia, by po kilku, najpóźniej kilkunastu miesiącach ruszyć z kopyta. Po wyjściu z kryzysu nikt nie pytał o przyczyny, ludzie brali się ostro do pracy w oczekiwaniu na kolejny boom, potem recesję, spadek i znowu odbicie. Tym razem tak łatwo nie ma. Nie dość, że gospodarka sama ruszyć nie chce, nie dość, że kryzys dotknął najsilniejszej gałęzi gospodarki amerykańskiej, mianowicie banków, to na dodatek nie wiadomo dlaczego okresy zapaści są – z recesji na recesję – coraz głębsze, coraz dłuższe i coraz bardziej przerażające. To znaczy– wiadomo, ale nadal nikt się nad tym nie zastanawia. W salonach Waszyngtonu, a zwłaszcza na Wall Street, zaczyna się jednak przebąkiwać o kryzysie strukturalnym albo systemowym. Pierwszym, który głośno, publicznie, zwrócił na niego uwagę był kandydat republikański na prezydenta w ostatnich wyborach. Ron Paul został przez media i establishment przemilczany, żeby nie powiedzieć, zignorowany. Nie chcieli go słuchać wyborcy, którzy woleli pogodnego populistę, obiecującego gruszki na wierzbie, niż poważnego, zaangażowanego proroka, ostrzegającego przed mającym nadejść upadkiem. Pech w tym, a może to szczęście, że gorzkie wróżby zaczynają się jednak sprawdzać.
O czymże mówił Ron Paul w trakcie swej kampanii prezydenckiej?
O wielu rzeczach – o okrutnym państwie opiekuńczym, życiu ponad stan, o socjalizmie, o redystrybucji, głównie jednak o wadliwym systemie bankowym, który pożera majątek ciężko pracujących Amerykanów, osłabiając motywację do pracy i gospodarkę jako całość. Co gorsza, krytyka pod adresem systemu bankowego odnosi się nie tylko do banków amerykańskich, ale do standardu światowego – jako całości. O ile sytuacja w bankowości amerykańskiej jest dzisiaj najgorsza, zaniechanie reform doprowadzi na skraj ruiny wszystkie inne systemy bankowe, włącznie z polskim. Jakie są podstawowe zarzuty kongresmana Paula? Jest ich kilka:
* rosnące w astronomicznym tempie wydatki rządowe, pokrywane coraz częściej przez tzw. deficyt budżetowy;
* sterowana przez bank centralny (w USA jest nim Federal Reserve Board) polityka ekspansji kredytowej, która ma ułatwiać rządowi zaciąganie długu i tworzenie deficytu;
* wspierający ją system rezerw cząstkowych;
* polityka systematycznej inflacji, jako metody rabowania obywateli z owoców ich pracy.
Prawda że mocne? Ja bym się nie odważył na takie ostre słowa. Powtarzam tylko po kongresmanie Ronie Paulu. Problem w tym, że pozbawienie gospodarki możliwości interwencji banku centralnego, albo likwidacja systemu rezerw cząstkowych i przywrócenie wolnej bankowości – wołają bankierzy, politycy i, wciąż, większość ekonomistów – doprowadzić nas może do jeszcze większej depresji. Wszak to dzięki ekspansji kredytowej i inflacji w granicach błędu, zwanej „celem inflacyjnym”, możliwe jest stymulowanie rozwoju gospodarczego i wzrost bogactwa narodów. Pozbawiony swych filarów system bankowy rozpadnie się. Zabraknie kredytu, gospodarka stanie, wrócimy do poziomu sprzed rewolucji przemysłowej i kapitalizmu – straszą nas przeciwnicy reformy systemu.
Szkoda totalna
Nie ma się czego obawiać – pisze wybitny, choć mało znany, co nietrudno zrozumieć, ekonomista hiszpański, Jesus Huerta de Soto (nie mylić z Hernando de Soto, ekonomistą peruwiańskim). „Być może stracą niektóre banki, ale dobre niekoniecznie. Reforma systemu bankowego jest nie tylko potrzebna, nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna, a na dodatek korzystna dla gospodarki i obywateli” – podkreśla.
Zacznijmy od tego, że bankowość oparta na systemie rezerw cząstkowych jest nie tylko nielogiczna, lecz – co gorsza – bezprawna. To, że niektórzy współcześni bankierzy nie trafiają do kryminału zawdzięczają przywilejom, które wymogli na rządach w zamian za...Wiemy w zamian za co. Ta sama rzecz nie może należeć równocześnie do dwóch różnych osób. Udostępnienie moich pieniędzy (depozyt) dwóm różnym kredytobiorcom równocześnie jest – jak pisze de Soto – „czynem oszukańczym”, a dokładniej: przywłaszczeniem i oszustwem. W bankowości na oszustwa nie może być miejsca. Nawet jeśli państwo godzi się na legalność takiego systemu, to i tak jest on oszukańczy. De Soto posuwa się dalej. Uważa, że umowa kredytowa oparta na takim systemie jest nieważna.
Twierdzenie zwolenników systemu rezerw cząstkowych, że „ w wolnym społeczeństwie bankierzy i ich klienci powinni mieć swobodę zawierania wszelkich porozumień umownych, jakie wydają im się najwłaściwsze” jest błędne. Umowa zawarta między stronami, mimo iż jest przez nie w pełni akceptowana, z chwilą, gdy dotyczy czynu bezprawnego, jest nieważna. I tu przechodzimy do sedna sprawy.
Taka umowa jest ponadto szkodliwa dla osób trzecich. Amerykański ekonomista, Hans Hermann Hoppe, wyjaśnia na czym ta szkodliwość polega. Primo, system rezerw cząstkowych zwiększa ekspansję kredytową, obniżając tym samym siłę nabywczą pieniądza w porównaniu do tej, jaka by była, gdyby taka ekspansja nie miała miejsca. Secundo, szkodę ponoszą deponenci, których – w warunkach ekspansji kredytowej, a pod nieobecność banku centralnego – system może narazić na stratę pieniędzy. Jeśli nawet bank centralny istnieje, nie ma gwarancji, że uda im się odzyskać swoje środki o sile nabywczej równej tej, jaką miały w momencie tworzenia depozytu. I tertio, „szkodę ponoszą wszyscy inni pożyczkobiorcy i podmioty gospodarcze, ponieważ tworzenie kredytu fiducjarnego i zasilanie nim systemu gospodarczego zagraża całemu systemowi kredytu i zniekształca strukturę produkcji”, zwiększając ryzyko popełnienia błędu inwestycyjnego przez przedsiębiorców. Dlatego dobrowolność umowy między deponentem, bankierem i kredytobiorcą nie ma nic do rzeczy. Umowy te wpływają na pieniądz, psując go, i dlatego szkodzą ogółowi społeczeństwa.
O konsekwencjach takiego stanu rzeczy pisać nie trzeba. Cały obecny kryzys finansowy jest rezultatem bankowości opartej na pieniądzu fiducjarnym. O tym, jak ten system naprawiać – bo nie ulega wątpliwości, że trzeba to zrobić – w kolejnym numerze BANK-u.
Jan M Fijor
Tekst jest korespondencją z USA. Poglądy autorów nie zawsze odzwierciedlają poglądy redakcji.
Więcej we wrześniowym numerze Miesięcznika Finansowego BANK
Zaprenumeruj BANK
Wskaźnik giełdy nowojorskiej, Dow Jones Industrial Average, po raz pierwszy od ponad pół roku, 23 lipca 2009 r., pokonał granicę 9000 punktów. Bank inwestycyjny Goldman Sachs zapowiada podwyżkę pensji dla swoich bankierów. Większość banków notuje zyski. Nawet CITI Bank. I przemysł motoryzacyjny. Po ostatnim, rekordowym spadku cen w maju i czerwcu, na rynku nieruchomości zaczyna się ruch. Czy to już koniec kryzysu? Czy pakiety stymulujące, najpierw Busha, potem Obamy obudziły kolosa?
Niezupełnie. Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego prezydenckie notowania spadają na łeb na szyję? Giełda wchodzi wprawdzie w fazę byka, ale w tym samym czasie, ospałe przez ostatni rok złoto zbliża się ponownie do rekordowej granicy 1000 dolarów za uncję. Rośnie bezrobocie, które – tylko dzięki kreatywnej księgowości i trickom propagandowym – nie przekroczyło jeszcze granicy 10 procent. Dolar szybko traci na wartości. W ciągu ostatniego półrocza deprecjacja waluty amerykańskiej w stosunku do euro wyniosła ponad 15 proc., zaś do polskiego złotego aż o 27 proc. Groźba dwucyfrowej inflacji wydaje się być coraz wyraźniejsza. Spada produkcja przemysłowa, a straty notują nawet takie pewniaki, jak Microsoft i MacDonald’s. Na domiar złego, Amerykanów czeka drastyczna podwyżka podatków, a co gorsza – upaństwowienie służby zdrowia. Bez względu na to, w jakiej fazie wychodzenia z zapaści znajduje się gospodarka Stanów Zjednoczonych, proces ożywienia, bez reform nie potrwa długo. Po kilku miesiącach może rozpocząć się kolejna recesja, kto wie czy nie gorsza od ostatniej. Tym razem pęknie bańka niespłacanych kredytów hipotecznych, za które kupowano i budowano biurowce, centra handlowe, fabryki i inne nieruchomości komercyjne.
Dlaczego ta reforma?
W normalnych warunkach, w sytuacjach jak obecna, winowajcą był tajemniczy cykl koniunkturalny. Wszyscy wiedzieli, że po okresie boomu musi nastąpić okres bessy, gospodarka zwalnia, by po kilku, najpóźniej kilkunastu miesiącach ruszyć z kopyta. Po wyjściu z kryzysu nikt nie pytał o przyczyny, ludzie brali się ostro do pracy w oczekiwaniu na kolejny boom, potem recesję, spadek i znowu odbicie. Tym razem tak łatwo nie ma. Nie dość, że gospodarka sama ruszyć nie chce, nie dość, że kryzys dotknął najsilniejszej gałęzi gospodarki amerykańskiej, mianowicie banków, to na dodatek nie wiadomo dlaczego okresy zapaści są – z recesji na recesję – coraz głębsze, coraz dłuższe i coraz bardziej przerażające. To znaczy– wiadomo, ale nadal nikt się nad tym nie zastanawia. W salonach Waszyngtonu, a zwłaszcza na Wall Street, zaczyna się jednak przebąkiwać o kryzysie strukturalnym albo systemowym. Pierwszym, który głośno, publicznie, zwrócił na niego uwagę był kandydat republikański na prezydenta w ostatnich wyborach. Ron Paul został przez media i establishment przemilczany, żeby nie powiedzieć, zignorowany. Nie chcieli go słuchać wyborcy, którzy woleli pogodnego populistę, obiecującego gruszki na wierzbie, niż poważnego, zaangażowanego proroka, ostrzegającego przed mającym nadejść upadkiem. Pech w tym, a może to szczęście, że gorzkie wróżby zaczynają się jednak sprawdzać.
O czymże mówił Ron Paul w trakcie swej kampanii prezydenckiej?
O wielu rzeczach – o okrutnym państwie opiekuńczym, życiu ponad stan, o socjalizmie, o redystrybucji, głównie jednak o wadliwym systemie bankowym, który pożera majątek ciężko pracujących Amerykanów, osłabiając motywację do pracy i gospodarkę jako całość. Co gorsza, krytyka pod adresem systemu bankowego odnosi się nie tylko do banków amerykańskich, ale do standardu światowego – jako całości. O ile sytuacja w bankowości amerykańskiej jest dzisiaj najgorsza, zaniechanie reform doprowadzi na skraj ruiny wszystkie inne systemy bankowe, włącznie z polskim. Jakie są podstawowe zarzuty kongresmana Paula? Jest ich kilka:
* rosnące w astronomicznym tempie wydatki rządowe, pokrywane coraz częściej przez tzw. deficyt budżetowy;
* sterowana przez bank centralny (w USA jest nim Federal Reserve Board) polityka ekspansji kredytowej, która ma ułatwiać rządowi zaciąganie długu i tworzenie deficytu;
* wspierający ją system rezerw cząstkowych;
* polityka systematycznej inflacji, jako metody rabowania obywateli z owoców ich pracy.
Prawda że mocne? Ja bym się nie odważył na takie ostre słowa. Powtarzam tylko po kongresmanie Ronie Paulu. Problem w tym, że pozbawienie gospodarki możliwości interwencji banku centralnego, albo likwidacja systemu rezerw cząstkowych i przywrócenie wolnej bankowości – wołają bankierzy, politycy i, wciąż, większość ekonomistów – doprowadzić nas może do jeszcze większej depresji. Wszak to dzięki ekspansji kredytowej i inflacji w granicach błędu, zwanej „celem inflacyjnym”, możliwe jest stymulowanie rozwoju gospodarczego i wzrost bogactwa narodów. Pozbawiony swych filarów system bankowy rozpadnie się. Zabraknie kredytu, gospodarka stanie, wrócimy do poziomu sprzed rewolucji przemysłowej i kapitalizmu – straszą nas przeciwnicy reformy systemu.
Szkoda totalna
Nie ma się czego obawiać – pisze wybitny, choć mało znany, co nietrudno zrozumieć, ekonomista hiszpański, Jesus Huerta de Soto (nie mylić z Hernando de Soto, ekonomistą peruwiańskim). „Być może stracą niektóre banki, ale dobre niekoniecznie. Reforma systemu bankowego jest nie tylko potrzebna, nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna, a na dodatek korzystna dla gospodarki i obywateli” – podkreśla.
Zacznijmy od tego, że bankowość oparta na systemie rezerw cząstkowych jest nie tylko nielogiczna, lecz – co gorsza – bezprawna. To, że niektórzy współcześni bankierzy nie trafiają do kryminału zawdzięczają przywilejom, które wymogli na rządach w zamian za...Wiemy w zamian za co. Ta sama rzecz nie może należeć równocześnie do dwóch różnych osób. Udostępnienie moich pieniędzy (depozyt) dwóm różnym kredytobiorcom równocześnie jest – jak pisze de Soto – „czynem oszukańczym”, a dokładniej: przywłaszczeniem i oszustwem. W bankowości na oszustwa nie może być miejsca. Nawet jeśli państwo godzi się na legalność takiego systemu, to i tak jest on oszukańczy. De Soto posuwa się dalej. Uważa, że umowa kredytowa oparta na takim systemie jest nieważna.
Twierdzenie zwolenników systemu rezerw cząstkowych, że „ w wolnym społeczeństwie bankierzy i ich klienci powinni mieć swobodę zawierania wszelkich porozumień umownych, jakie wydają im się najwłaściwsze” jest błędne. Umowa zawarta między stronami, mimo iż jest przez nie w pełni akceptowana, z chwilą, gdy dotyczy czynu bezprawnego, jest nieważna. I tu przechodzimy do sedna sprawy.
Taka umowa jest ponadto szkodliwa dla osób trzecich. Amerykański ekonomista, Hans Hermann Hoppe, wyjaśnia na czym ta szkodliwość polega. Primo, system rezerw cząstkowych zwiększa ekspansję kredytową, obniżając tym samym siłę nabywczą pieniądza w porównaniu do tej, jaka by była, gdyby taka ekspansja nie miała miejsca. Secundo, szkodę ponoszą deponenci, których – w warunkach ekspansji kredytowej, a pod nieobecność banku centralnego – system może narazić na stratę pieniędzy. Jeśli nawet bank centralny istnieje, nie ma gwarancji, że uda im się odzyskać swoje środki o sile nabywczej równej tej, jaką miały w momencie tworzenia depozytu. I tertio, „szkodę ponoszą wszyscy inni pożyczkobiorcy i podmioty gospodarcze, ponieważ tworzenie kredytu fiducjarnego i zasilanie nim systemu gospodarczego zagraża całemu systemowi kredytu i zniekształca strukturę produkcji”, zwiększając ryzyko popełnienia błędu inwestycyjnego przez przedsiębiorców. Dlatego dobrowolność umowy między deponentem, bankierem i kredytobiorcą nie ma nic do rzeczy. Umowy te wpływają na pieniądz, psując go, i dlatego szkodzą ogółowi społeczeństwa.
O konsekwencjach takiego stanu rzeczy pisać nie trzeba. Cały obecny kryzys finansowy jest rezultatem bankowości opartej na pieniądzu fiducjarnym. O tym, jak ten system naprawiać – bo nie ulega wątpliwości, że trzeba to zrobić – w kolejnym numerze BANK-u.
Jan M Fijor
Tekst jest korespondencją z USA. Poglądy autorów nie zawsze odzwierciedlają poglądy redakcji.
Więcej we wrześniowym numerze Miesięcznika Finansowego BANK
Zaprenumeruj BANK
- Przywileje dla banków Autor: ~Bankkos 2009-09-17 09:43
- Chińczycy nigdy nie opanują global gospodarki bo ich sieć sprzedaży jest słaba. Z czasem będą musieli podnieść pod wpływem nowej konkurencji jakość towarów, wzrośnie też koszt siły roboczej w Chinach. (..)
- Re: Przywileje dla banków - niepotrzebnych banków ? Autor: ~centurion z Galicji 2009-09-16 12:36
- Problem importu produktów chińskich do USA jest poważny, ale jeszcze poważniejszy jest problem ucieczki kapitału z USA... wygląda to na przykładzie Detroit mniej więcej tak : FORD, GMC i inne firmy li (..)
- Re: Przywileje dla banków - niepotrzebnych banków ? Autor: ~azazel 2009-09-16 12:24
- Ciekawy komentarz i trafne spostrzeżenie, ale Stany nie wprowadzą cen zaporowych na towary importowane z Azji gdyż Oni mają ogromne rezerwy walutowe w USD.
- Re: Przywileje dla banków - niepotrzebnych banków ? Autor: ~centurion z Galicji 2009-09-16 11:12
- Częściowo się zgadzam ze z moim poprzednikiem... dodam jednak, że moim zdaniem zbankrutowała nie tyle idea swobodnego przepływu kapitału ile handlu iluzjami przy nieokiełznanej konsumpcji i dążeniu (..)
- Przywileje dla banków - niepotrzebnych banków ? Autor: ~Europejczyk 2009-09-16 09:24
- Kryzys w USA i Europie spowodowany jest bankructwem ideologii wolnego przepływu kapitału i ludzi. Ta doktryna była i jest narzędziem do manipulowania społeczeństwem i wmawiania ludziom że są wolni. Ka (..)
- Przywileje dla banków Autor: ~Observer 2009-09-16 08:32
- Chyba redaktor naczelny nie przetrwa za ten artykuł w gazecie należącej do banków...cheche:-)
Gorące tematy
Najnowsze
- 2012-05-30
-
- 02:08
- Analitycy DM BZ WBK rekomendują "trzymaj" dla akcji TPSA [Rekomendacje analityków]
- 2012-05-29
-
- 22:07
- Inwestorzy odcinają się od problemów Hiszpanii [Depesza Bankier.pl: Rynki finansowe]
- 19:54
- Dworak widzi perspektywy dla mediów publicznych [IAR]
- 19:45
- Milicja przyznaje, że kibice bywają rasistami [IAR]
- 19:40
- Sonel wypłaci 0,4 zł dywidendy na akcję z zysku za 2011 rok [PAP]


Dodaj komentarz