Credo hinduskiego ekonomisty wyrażone zostało w jego najnowszej książce „Majątek na samym spodzie piramidy. Walka z nędzą przez generowanie zysku”. Pasją Pralahada jest uruchomienie rynku konsumentów o najniższych dochodach. Jest to bowiem rynek najbardziej masowy. Pomysł zarabiania na rynku biednych nie przebiega jednak według typowego scenariusza. Na rynek ten nie można wejść, ale trzeba go stworzyć poprzez edukację konsumentów. Później można już sprzedawać określone produkty, jednak w mniejszych ilościach niż bogatym.
Ekonomista przekonuje, że deklarowana przez koncerny filozofia „społecznej odpowiedzialności korporacyjnej”, zgodna z wymogami poprawności politycznej, byłaby lepiej realizowana, gdyby firmy zrozumiały jedną kwestię. Mianowicie zaangażowanie w pomoc biednym stwarza możliwość znaczącego zarobku.
Na świecie za mniej niż 2 dol. dziennie żyje 4-5 mld ludzi. Prahalad szacuje wartość tego rynku na 13 trylionów dol. rocznie. Ekonomista zwraca uwagę, że w slumsach pod Bombajem, ceny za usługi i towary są do 25 razy wyższe niż w bogatych dzielnicach. Ubodzy płacą zatem „daninę od biedy” w postaci nie tylko wyższych cen, ale także droższych kredytów ze względu na wyższe ryzyko transakcji.
Sceptycy filozofii Pralahada twierdzą, że bieda idzie w parze z korupcją. Ta natomiast pożera zyski. Organizacje międzynarodowe niosące pomoc ubogim z niechęcią odnoszą się do filozofii ekonomisty. Szczególnie oburzają się na myśl o wyższym oprocentowaniu kredytów dla ubogich. Pralahad tłumaczy jednak, że biedak, który nie otrzyma kredytu z 20-proc. oprocentowaniem w banku, pożyczy pieniądze od lichwiarza i zapłaci 500 proc. odsetek.
A.P.































































