Najwięcej uwagi wzbudził dziś największy bank inwestycyjny świata. W drugim kwartale Goldman Sachs zarobił na czysto 3,44 mld dolarów, co daje wynik 4,93$ na każdą akcję – to o 32% więcej niż przed rokiem. Analitycy szacowali zysk na akcję na zaledwie 3,50$. Ale inwestorzy tak dobre wyniki zdyskontowali już w poprzednich miesiącach – od początku roku akcje Goldmana zdrożały o 77%, zaś od listopadowego dna zwiększyły swą wartość przeszło trzykrotnie. Dziś ich kurs spadł o 0,2%.
Fenomenalne rezultaty Goldman Sachs wynikają z kłopotów konkurencji (Bear Stearns i Lehman Brothers przestały istnieć, a Merrill Lynch został wchłonięty przez Bank of America) oraz z ... kryzysu finansowego. Dzięki temu zwiększyły się spready w handlu obligacjami a spółki (zwłaszcza banki) zmuszone były do pozyskania kapitału drogą emisji nowych akcji – na tym właśnie Goldman Sachs zarobił krocie (będąc gwarantem emisji). Jednakże analitycy z agencji ratingowej Standard & Poor’s uznali, że tak wysokie zyski nie są do utrzymania w dłuższym okresie.
Słabsze niż przed rokiem, ale lepsze od oczekiwań wyniki kwartalne przedstawił też koncern Johnson & Johnson, co inwestorzy wynagrodzili wzrostem kursu o 0,7%. Spółka podtrzymała też całoroczną prognozę zysków, choć w drugim kwartale przychody były o 7,4% niższe niż przed rokiem. Bez większego echa przeszło też ostrzeżenie z Sun Microsystems, iż strata za ostatnie trzy miesiące będzie znacznie większa od rynkowego konsensusu, a przychody zdecydowanie niższe. Jednak informacje te nie powinny mieć wpływu na proces fuzji z Oracle, więc kurs Suna nawet wzrósł o 0,1%.
O ile jednak wyniki spółek były dla inwestorów łatwe do interpretacji, to inaczej było z raportami makroekonomicznymi. Czerwcowa sprzedaż detaliczna wzrosła o 0,6% m/m, ale to wciąż oznacza 9-procentowy spadek w ujęciu rocznym. Niemniej jednak ekonomiści prognozowali wzrost o 0,5% m/m. Dlaczego jednak dane te nie były jednoznaczne? Bowiem za dwie trzecie tego wzrostu odpowiadały podwyżki cen benzyny – dzięki temu obroty stacji benzynowych podskoczyły o 5% m/m. Poza tym według sondażu przeprowadzonego przez America's Research Group tylko jedna trzecia respondentów zadeklarowała zamiar zwiększenia wydatków. Taki wynik raczej nie zapowiada wzrostu konsumpcji w USA.
Niepokojący był też rządowy raport o cenach producentów. Czerwcowy wskaźnik PPI wzrósł o 1,8% m/m i był o 4,6% niższy niż przed rokiem. Tymczasem rynek był przygotowany na wzrost o 0,8% m/m. Aż o pół procent wobec maja wzrósł też indeks bazowy, co pokazuje, że ponowna presja na koszty przedsiębiorstw nie wynika tylko z drożejącej ropy. Może się więc okazać, że pomimo oficjalnie panującej w USA deflacji (ujemne PPI i CPI w ujęciu rocznym)już za kilka miesięcy największa gospodarka świata stanie przed fatalnym dla rynków akcji problemem stagflacji. Jednak na potwierdzenie tych obaw musimy jeszcze poczekać.
K.K.


























































