To był kolejny dzień, gdy rzeczywistość rozjechała się z decyzjami inwestorów. Podczas gdy na rynki dochodziły raczej negatywne informacje, giełdowe indeksy na ogół zyskiwały na wartości. Najpierw była Europa, gdzie politycy potwierdzili wcześniejsze spekulacje i uchwalili zwiększenie funduszy ratunkowych z 500 do przeszło 800 mld euro. To potencjalna zdolność pożyczkowa instytucji europejskich do ratowania euro-bankrutów.
Oczywiście informacja ta nie mogła mieć żadnego wpływu na rynki. Po pierwsze, inwestorzy wiedzieli o tym od dawna. Po drugie, nawet 800 mld euro kredytu nie jest w stanie zabezpieczyć spójności strefy euro przed ewentualną niewypłacalnością Włoch, Hiszpanii lub Belgii, o Francji nawet nie wspominając. To raczej typowy zabieg polityczno-piarowy.
Tym niemniej tego typu rozstrzygnięcia w eurolandzie na ogół poprawiają humory inwestorów instytucjonalnych. Poprawa nastrojów była na tyle silna, że rynki zignorowały słabsze odczyty danych z USA. W lutym nominalne dochody Amerykanów wzrosły tyko o 0,2% mdm, co w ujęciu realny oznacza faktyczną stagnację. Za to wydatki zaskoczyły ekonomistów, rosnąc aż o 0,8% mdm. Jednakże w dłuższym okresie takie tempo wzrostu konsumpcji wydaje się nie do utrzymania.
Mocniej od prognoz spadł Chicago PMI - czyli popularny miernik aktywności w regionalnym sektorze wytwórczym będący pierwszym zwiastunem koniunktury w całej Ameryce. W marcu wskaźnik ten obniżył się do 62,2 pkt. wobec 64,0 pkt w lutym i oczekiwań rzędu 63,0 pkt. Taki odczyt jednak wciąż wskazuje na silną poprawę koniunktury.
Wall Street nie dopuściła do pogorszenia statystyki pierwszego kwartału. Indeks S&P500 zakończył dzień neutralnie, wieńcząc początek roku wzrostem o 12%. To najlepszy rezultat od roku 1998. Dow Jones zyskał pół procent i w ujęciu kwartalnym poszedł w górę o 7,1%. Nasdaq dziś stracił zaledwie 0,1%, ale od początku roku zyskał aż 18,7%.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl
































































