Choć moim zdaniem kwestia Grecji nie ma już realnego wpływu na decyzje inwestorów, to każda plotka w kwestii przyszłości greckiego długu wciąż dostarcza pretekstów uczestnikom rynku i elektryzuje finansowe media. W piątek takim hitem były doniesienia o tym, że banki centralne krajów strefy euro rozważają uczestnictwo w programie zamiany greckich obligacji.
Gra idzie o to, czy papiery o wartości nominalnej rzędu 60 mld euro zostaną zamienione na 30-letnie obligacje, dzięki czemu banki centralne i sam EBC uniknęłyby spisania na straty 50% zainwestowanych pieniędzy. O tyle samo zmniejszyłyby się też bieżące potrzeby pożyczkowe Aten.
Pretekst był to dość marny, bowiem jest już właściwie przesądzone, iż Grecja otrzyma kolejne 130 mld euro pożyczki (być może w ratach i po spełnieniu dodatkowych warunków), a prywatni wierzyciele daruję Helladzie 100 mld euro długu. To powinno zamknąć kwestię strat instytucji finansowych, co tak niepokoiło inwestorów.
Reakcja Wall Street była jednak bardziej stonowana niż giełd europejskich, gdzie wzrosty przekraczały 1%. Po dość spokojnej sesji S&P500 zyskał 0,2% i dzienne maksimum wyznaczył na początku handlu. Do szczytu hossy z 2011 roku zabrakło mu niespełna 1%. Dow Jones ponownie otarł się o barierę 13.000 punktów, zaś Nasdaq osunął się z 11-letniego maksimum.
Tym razem istotnej roli nie odegrały raporty z gospodarki. Według Departamentu Pracy wskaźnik CPI (zwany potocznie „inflacją”) zgodnie z oczekiwaniami wzrósł w styczniu o 2,9% rdr wobec 3% w grudniu. O 0,4% mdm podniósł się też indeks wskaźników wyprzedzających, potwierdzając poprawę koniunktury w największej gospodarce świata.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl





























































