Dane prezentowane co tydzień przed amerykański nadzór nad giełdami towarowymi nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Rynkowy sentyment wobec euro jeszcze nigdy nie był tak zły. Nawet podczas apogeum paniki z września 2008 roku nie naliczono aż tylu eurodolarowych niedźwiedzi. W połowie ubiegłego tygodnia w zakładach zawieranych na chicagowskim CME jednomyślność spekulacyjnie nastawionych uczestników rynku była wręcz zatrważająca. W gronie tzw. „niekomercyjnych” (ang. non-commercial) na parze euro-dolar otworzono 32.728 pozycji krótkich (o 5% mniej niż przed tygodniem) i aż 104.351 długich (+11,2%). Tymczasem jeszcze w październiku 2009 sytuacja prezentowała się zgoła odmiennie: spekulanci trzymali wówczas 86,2 tys. pozycji długich i tylko 35,2 tys. krótkich. Wówczas mocne wychylenie wahadła na korzyść euro zwiastowało spadki, które rozpoczęły się dwa miesiące później.
W efekcie masowego odwracania pozycji przez profesjonalnych spekulantów (głównie fundusze hedgingowe i zawodowych traderów) 23. lutego krótka pozycja netto (czyli różnica pomiędzy liczbą pozycji krótkich i długich) sięgnęła rekordowych 71.623 kontraktów, rosnąc o 20,5% w ciągu zaledwie tygodnia. Warto odnotować, że ten stadny pęd do gry przeciwko europejskiej walucie nie przełożył się na pogłębienie tegorocznych minimów na parze euro-dolar. W czwartek eurodolar obronił dno znajdujące się na głębokości 1,3443$ i nieśmiało ruszył w górę. Pewna stabilizacja notowań EUR/USD trwa więc od początku lutego, co może wskazywać na wyczerpywanie się spadkowego potencjału. Przynajmniej w krótkim terminie.
Dane z amerykańskich giełd towarowych pozwalają się spodziewać zwyżki notowań kursu EUR/USD. Rynek jest już mocno wyprzedany. Choć 14-dniowy wskaźnik RSI opuścił już umowną strefę wyprzedania, to większość dużych graczy zapewne nie zakończyła jeszcze procesu realizacji zysków, czyli zamykania krótkich pozycji. Działania te powinny w ciągu dwóch-trzech tygodni doprowadzić do umocnienia euro względem dolara.
Jednakże bezprecedensowy poziom zaangażowania spekulantów w grę przeciwko wspólnotowej walucie wskazuje, że o trendzie wzrostowym możemy na pewien (raczej dłuższy czas) zapomnieć. Oznacza to, że w grudniu 2009 zakończyła się fala wzrostów rozpoczęta wraz z odbiciem na giełdach sześć miesięcy wcześniej. Zwyżka ta podniosła notowania eurodolara o 21%. Od tego czasu euro straciło już 10% - zniesione zostało więc 56,7% zwyżki z okresu marzec-grudzień 2009. Wątpliwe, by w trakcie najbliższych tygodni doszło do zmiany negatywnego sentymentu wobec euro – pozycja netto dużych graczy raczej nieprędko przyjmie wartości dodatnie.
Albowiem przyczyny deprecjacji euro nie są błahe. Uwaga rynku skupia się na problemach Grecji, w której budżecie zionie dziura wielkości 12,7% PKB. W poważnych tarapatach są też finanse publiczne Portugalii, Włoch, Irlandii oraz Hiszpanii – łącznie państwa te tworzą grupę o mało wdzięcznej nazwie PIIGS. Na rynku mówi się o kryzysie fiskalnym w „peryferyjnych” krajach Eurolandu. Lecz o ile z długiem Grecji (300 mld €) czy Irlandii wspólnota (czytaj: Niemcy i Francja) mogą się jakoś uporać, to z Włochami i Hiszpanią sprawa jest poważniejsza. Trzecia oraz czwarta gospodarka strefy euro cierpią na poważne problemy strukturalne, których złagodzeniem byłaby dewaluacja waluty. Tyle że kraje te znajdują się w strefie euro i takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Wyjścia są więc przynajmniej dwa: albo euro będzie traciło względem dolara zwiększając konkurencyjność europejskiego eksportu, albo niektóre państwa opuszczą unię walutową (lub zostaną z niej wyrzucone), co również zaszkodzi wspólnej walucie, przekreślając jej rolę jako globalnego konkurenta dla dolara.
Tak więc w najbliższych miesiącach trzeba będzie zmienić interpretację danych CFTC. Od teraz niski poziom krótkiej pozycji netto na parze euro-dolar powinien być traktowany jako sygnał do sprzedaży europejskiej waluty. Zaś ekstremalna niechęć spekulantów do euro będzie zapowiadać momenty odbicia i korygowania nadmiernych spadków. Tak będzie dopóki uczestnicy gry rynkowej nie przypomną sobie o starych bolączkach Stanów Zjednoczonych. Czyli: dramatycznej utracie siły nabywczej przez dolara, fatalny stan amerykańskiego systemu bankowego oraz gigantyczny deficyt budżetu federalnego (11% PKB) i podchodzący pod 100% PKB dług publiczny. Jeśli więc Rezerwa Federalna oraz Biały Dom nie zmienią prowadzonej dotychczas polityki gospodarczej, to bardzo prawdopodobne, że obserwujemy właśnie ostatnią w historii hossę na dolarze.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl



























































