Wygląda na to, że rezultaty szkockiego szczytu grupy G20 zostały bardzo pozytywnie przyjęte przez inwestorów. A ponieważ w poniedziałek zabraknie publikacji danych z amerykańskiej gospodarki oraz raportów kwartalnych dużych spółek, to otwiera się pole do bezkarnej spekulacji.
Obraz sytuacji przed dzisiejszą sesją na Wall Street należałoby zacząć od reakcji na październikowy raport z rynku pracy. Stopa bezrobocia na poziomie 10,2% i 170 tysięcy straconych miejsc pracy to nie są czynniki, które mogłyby zachęcać do kupna akcji. A jednak po publikacji tych danych rynek nie chciał pójść w dół, co ujawniło co najmniej słabość giełdowych niedźwiedzi. Po kilku dniach bez spadku optymiści pokuszą się nawet o tezę, że to już koniec jesiennej korekty i że niedługo powinniśmy zobaczyć nowe tegoroczne maksima.
W ten scenariusz dziś rano uwierzyło chyba niemało inwestorów. Euro znów kosztuje 1,5$, drożeją surowce, zaś europejskie giełdy idą w górę po 1,5 i więcej procent. Wytłumaczenie wszędzie można znaleźć tylko jedno: rezultat szczytu G20. Politycy na szczęście nie wymyślili czegoś nowego i obiecali podtrzymać programy „stymulowania gospodarki”. Jeszcze ważniejsza była informacja, która w komunikacie się nie znalazła – otóż nie zająknięto się nawet o słabości dolara.
Inwestorzy, którzy dostali te wiadomości przeprowadzili krótką analizę: „Skoro nadal mamy tanią kasę z banków centralnych, a rządy europejskie nie kwapią się do interwencji wzmacniającej dolara, to mamy zielone światło dla transakcji carry trade i możemy dalej pompować spekulacyjny balon” – pomyśleli. Po drugie, rządy najważniejszych państwa świata wciąż chcą wyciągać pieniądze od podatnika, zwiększać zadłużenie i dotować (pośrednio) działalność giełdowych spółek, więc nadal warto kupować nawet mocno przewartościowane akcje.
Jeśli dziś nic tej wiary nie zmąci (na razie nic tego nie zapowiada), to poniedziałkową sesję w USA możemy zakończyć na plusie. Na to zresztą wskazują kontrakty terminowe na indeks S&P50, które o godzinie 12:40 zwyżkowały o 1%. W ten sposób amerykańskie giełdy znalazłyby się w zasięgu tegorocznych szczytów.
Tymczasem w trakcie weekendu w Stanach Zjednoczonych upadło pięć kolejnych regionalnych banków. Od początku roku w Ameryce splajtowało już 120 instytucji finansowych.
Krzysztof Kolany






























































