Europejski Bank Centralny zdecydował się na ostrożną obniżkę stóp procentowych, najwyraźniej chcąc zachować więcej „amunicji” na wypadek zaostrzenia się recesji w strefie euro. Jest to zupełnie inna polityka niż działania amerykańskiej Rezerwy Federalnej, której już skończyły się tradycje instrumenty wywierania wpływu na podaż pieniądza. Analitycy dość powszechnie spodziewali się, że EBC zetnie stopy o pół punktu procentowego.
„EBC zawsze był nieco niechętny w podążaniu za anglosaskimi bankami centralnymi. Co ważniejsze, ludzie będą chcieli posłuchać czy europejskie władze monetarne podejmą nowe działania” – powiedział agencji Bloomberga Neil Mellor, strateg w londyńskim oddziale Bank of New York Mellon.
W efekcie o godzinie 14:20 jedno euro kosztowało już 1,3410 dolara i było o 1,3% droższe niż na zamknięciu środowych kwotowań. Europejska waluta zyskała też 2,4% względem japońskiego jena i była wyceniana na 133,67 jenów.
Ale reakcja rynku zapewne nie byłaby tak silna, gdyby nie ogólna poprawa klimatu inwestycyjnego. Ogromne nadzieje związane z szczytem G20 wywołały kilkuprocentowe zwyżki giełdowych indeksów. To z kolei zniechęciło inwestorów do bezpiecznych lokat, a kapitał odpływający z rynku amerykańskich obligacji skarbowych zwiększał podaż dolarów.
K.K.


























































