2008-05-15 06:00 Źródło: Noble Bank
Co za wstyd
Pamiętacie faceta, który sprzedawał chleb po 5 złotych za bochenek z łódki pływającej po Wrocławiu w czasie wielkiej powodzi w 1997 roku? Jego postępowanie oceniano jako naganne wykorzystywanie sytuacji powodzian.
Z dzisiejszej perspektywy okazuje się jednak, że tamten spekulant zasługuje na przeprosiny, a może i słowa uznania, skoro okazał się pionierem dla wielu inwestorów finansowych czerpiących z niego wzór z górą dziesięć lat później. Czym różni się bowiem postępowanie tych inwestorów, którzy szukając zysków dziś otwierają długie pozycje na rynku soi, pszenicy czy ryżu? Najwięksi producenci ryżu wstrzymują jego eksport? Kupujemy – wiadomo, że cena wzrośnie. Zamieszki na Haiti wywołane przez konsumentów domagających się żywności (cztery osoby zginęły) – kolejny powód do kupowania. Filipiny ogłaszają plan importu miliona ton ryżu – świetnie, zarobimy jeszcze więcej.
Jaka szkoda, że inwestorzy którzy nie widzą drugiego dna w niewinnym haśle “zarabiaj na rosnących cenach żywności”, nie zdają sobie sprawy z tego, że zarabiając swoje kilkadziesiąt procent skazują innych już nie na drożyznę, ale na głód. Według Banku Światowego już trzydzieści trzy kraje mogą w najbliższym czasie ucierpieć z powodu zamieszek wywołanych przez głodnych obywateli, wliczając w to nie tylko “tradycyjnie” głodujące narody, ale także takie kraje jak Meksyk czy Egipt. Zdaniem ONZ drożejąca żywność może doprowadzić do zamieszek i destabilizacji politycznej na całym świecie. Z tego właśnie powodu (głodu i zamieszek) siedem osób zginęło w ostatnich dniach w Egipcie. Co za wstyd, że osoby, które zdają sobie sprawę z wpływu, który inwestorzy finansowi wywierają na ceny żywności, wciąż oferują produkty inwestycyjne oparte o ich wzrost swoim klientom.
Oczywiście nie tylko zwiększony popyt ze strony inwestorów finansowych na żywność powoduje wzrost ich cen. To także niedostatek żywności (zapasy są najniższe od 1980 roku, od kiedy zapotrzebowanie na żywność wzrosła o 40 proc.), to także wpływ inflacji i mniejszych zbiorów. Lecz tymi czynnikami nie da się wytłumaczyć 100-proc. wzrostu cen ryżu czy pszenicy w ciągu zaledwie 12 miesięcy. Tak dynamiczny wzrost cen dla bogatego Europejczyka może oznaczać wybór między posiłkiem w restauracji lub w domu, między kupnem żywności a kolejnego elektronicznego gadżetu, ale dla wielu innych narodów drożejąca żywność to widmo głodu. A dla wszystkich po równo, to perspektywa wciąż rosnącej inflacji i globalnego spowolnienia gospodarczego. Czy więc na pewno warto w tym uczestniczyć? Czy chciwość może być tak wielka, by przesłaniać jej konsekwencje? Czy to właśnie do tego miejsca doprowadziła nas globalizacja, w której zamiast pomóc, dobijamy?
Inwestor nie może przejmować się emocjami. Człowiek powinien.
Emil Szweda, analityk Open Finance
Z dzisiejszej perspektywy okazuje się jednak, że tamten spekulant zasługuje na przeprosiny, a może i słowa uznania, skoro okazał się pionierem dla wielu inwestorów finansowych czerpiących z niego wzór z górą dziesięć lat później. Czym różni się bowiem postępowanie tych inwestorów, którzy szukając zysków dziś otwierają długie pozycje na rynku soi, pszenicy czy ryżu? Najwięksi producenci ryżu wstrzymują jego eksport? Kupujemy – wiadomo, że cena wzrośnie. Zamieszki na Haiti wywołane przez konsumentów domagających się żywności (cztery osoby zginęły) – kolejny powód do kupowania. Filipiny ogłaszają plan importu miliona ton ryżu – świetnie, zarobimy jeszcze więcej.
Jaka szkoda, że inwestorzy którzy nie widzą drugiego dna w niewinnym haśle “zarabiaj na rosnących cenach żywności”, nie zdają sobie sprawy z tego, że zarabiając swoje kilkadziesiąt procent skazują innych już nie na drożyznę, ale na głód. Według Banku Światowego już trzydzieści trzy kraje mogą w najbliższym czasie ucierpieć z powodu zamieszek wywołanych przez głodnych obywateli, wliczając w to nie tylko “tradycyjnie” głodujące narody, ale także takie kraje jak Meksyk czy Egipt. Zdaniem ONZ drożejąca żywność może doprowadzić do zamieszek i destabilizacji politycznej na całym świecie. Z tego właśnie powodu (głodu i zamieszek) siedem osób zginęło w ostatnich dniach w Egipcie. Co za wstyd, że osoby, które zdają sobie sprawę z wpływu, który inwestorzy finansowi wywierają na ceny żywności, wciąż oferują produkty inwestycyjne oparte o ich wzrost swoim klientom.
Oczywiście nie tylko zwiększony popyt ze strony inwestorów finansowych na żywność powoduje wzrost ich cen. To także niedostatek żywności (zapasy są najniższe od 1980 roku, od kiedy zapotrzebowanie na żywność wzrosła o 40 proc.), to także wpływ inflacji i mniejszych zbiorów. Lecz tymi czynnikami nie da się wytłumaczyć 100-proc. wzrostu cen ryżu czy pszenicy w ciągu zaledwie 12 miesięcy. Tak dynamiczny wzrost cen dla bogatego Europejczyka może oznaczać wybór między posiłkiem w restauracji lub w domu, między kupnem żywności a kolejnego elektronicznego gadżetu, ale dla wielu innych narodów drożejąca żywność to widmo głodu. A dla wszystkich po równo, to perspektywa wciąż rosnącej inflacji i globalnego spowolnienia gospodarczego. Czy więc na pewno warto w tym uczestniczyć? Czy chciwość może być tak wielka, by przesłaniać jej konsekwencje? Czy to właśnie do tego miejsca doprowadziła nas globalizacja, w której zamiast pomóc, dobijamy?
Inwestor nie może przejmować się emocjami. Człowiek powinien.
Emil Szweda, analityk Open Finance


Dodaj komentarz