Tydzień temu rząd Hiszpanii za 4,5 mld euro przejął 45% udziałów w banku Bankia - trzeciej co do wielkości instytucji kredytowej w kraju, dysponującej 300 mld euro aktywów. Bankia powstała poprzez połączenie lokalnych kas pożyczkowych, które w znacznej mierze finansowały bańkę spekulacyjną na rynku nieruchomości. Równocześnie władze w Madrycie nakazały bankom utworzenie dodatkowych 30 mld euro rezerw na pokrycie strat kredytowych.
Irlandzkie banki praktycznie zbankrutowały po pęknięciu bańki w nieruchomościach i zostały uratowane za pieniądze europejskich podatników. Na razie hiszpańskie banki ratują się pożyczkami z Europejskiego Banku Centralnego. Na koniec kwietnia ich zadłużenie w EBC wyniosło 316,9 mld euro. Tylko w kwietniu dług netto (pożyczki minus depozyty) zaciągnięty przez hiszpańskie banki w EBC wzrósł z 227,6 mld euro do 263,54 mld euro. Jeszcze rok temu było to tylko 42,23 mld euro.
Nic więc dziwnego, że Hiszpanie utracili zaufanie do swych instytucji finansowych i zaczęli masowo wypłacać oszczędności. Według hiszpańskiego dziennika "El Mundo" od czasu nacjonalizacji Bankii jej klienci wycofali depozyty za ponad miliard euro. Choć to zaledwie 1% bazy depozytowej Bankii, to rząd szybko zaprzeczył tym informacjom, co tylko dodało im wiarygodności.
Faktu wycofywania oszczędności z banków nie da się już ukryć w Grecji, co we wtorek przyznał nawet prezydent kraju. Według oficjalnych danych w kwietniu depozyty w greckich bankach zmalały o 8 mld euro. Od początku 2010 roku Grecy wypłacili z banków niemal co trzecie euro, czyli w sumie 72 mld euro. Według szefa greckiego banku centralnego tylko w powyborczym tygodniu z banków odpłynęło 700 mln euro. Nawet EBC odmówił finansowania niektórym greckim bankom, ponieważ mają one ujemne kapitały własne. Podmioty te funkcjonują tylko dzięki ELA (Emergency Liquidity Assistance) - czyli awaryjnym pożyczkom od banku centralnego Grecji.
Grecy wypłacają oszczędności, ponieważ obawiają się powrotu do drachmy. Pieniądze ulokowane w bankach zostałyby zamienione na nową grecką walutę, która momentalnie straciłaby na wartości względem euro. Trzymanie gotówki w greckim banku jest więc podejmowaniem zbędnego ryzyka.
Zwykli deponenci mogą zadać ostatni cios europejskiemu sektorowi bankowemu i pośrednio całej strefie euro. Jeśli odpływ depozytów nie zostanie szybko zatrzymany, to wkrótce obejmie kolejne państwa PIIGS, co doprowadzi do zapaści ich systemy finansowe. Nie będzie już komu kupować włoskich czy hiszpańskich obligacji skarbowych. Oznaczałoby to konieczność ogłoszenia niewypłacalności dwóch z czterech największych krajów strefy euro, których łączne zadłużenie wynosi 2,3 biliona euro.
Wiarygodność europejskich banków coraz niżej oceniają już nawet wiecznie spóźnione agencje ratingowe. 18. maja Moody's dokonał obniżki ratingów 16 hiszpańskich banków. Cztery dni wcześniej ta sama agencja zdegradowała oceny wiarygodności kredytowej 26 bankom włoskim. W tej chwili wydaje się, że jedynym ratunkiem dla strefy euro jest użycie pieniędzy z Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej do dokapitalizowania banków z południa Europy. Precedens już był. W ubiegłym roku Grecja dostała na ten cel 50 mld euro. Jesienią 2008 roku Kongres USA wyasygnował 700 mld dolarów na ratowanie banków amerykańskich.
Wszystko wskazuje na to, że pieniądze zabrane europejskim podatnikom znów posłużą do ratowania banków. Obywatele ratujący swoje oszczędności nie mają tu nic do powiedzenia. Przynajmniej tak długo, jak długo rynek ufa gwarancjom Niemiec i Francji dla EFSF, który finansuje funkcjonowanie Grecji, Irlandii i Portugalii, a wkrótce może też włoskich i hiszpańskich banków.
Główny analityk Bankier.pl


























































