22. stycznia prezes Banku Rosji zobowiązał się bronić kursu rubla względem koszyka walutowego na wysokości 41. Tymczasem dzisiaj rano za koszyk złożony z euro i dolara płacono 41,0181 rubli. W styczniu rubel stracił jedną czwartą wartości względem dolara, a rosyjski bank centralny systematycznie poszerzał pasmo dopuszczalnych wahań kursu rubla, co faktycznie oznaczało kroczącą dewaluację.
Równocześnie w ciągu zaledwie 16 dni roboczych stycznia (był to okres prawosławnych świąt Bożego Narodzenia) Bank Rosji pożyczył bankom komercyjnym 7,7 bln rubli (214 mld $), względem 4,8 bln w grudniu. Stopa oprocentowania tych pożyczek została podwyższona o 1 pkt. proc., do poziomu 11%.
„Znacząca ilość lub może nawet całość spekulacyjnych ataków na rubla jest finansowana przez sam bank centralny” – uważa Vladimir Osakovsky, ekonomista z moskiewskiego oddziału banku UniCredit.
„Gdyby naprawdę chcieli zatrzymać spekulację, to na krótko podwyższyliby stopy procentowe do jakiś 20-30%. Któregoś dnia muszą powiedzieć: oddajcie nasze pieniądze, operacje repo już nie są dostępne” – dodał Evgeny Gavrilenkoc, główny ekonomista banku inwestycyjnego Troika Dialog.
Powstaje więc zaskakująca rozbieżność pomiędzy rzeczywistymi działaniami Banku Rosji, a zapewnieniami władz (z premierem Putinem na czele), które mówią o potrzebie stopniowej dewaluacji rubla i obrony krajowej waluty. Analitycy wyrażają zdziwienie, że w obecnych czasach bank centralny wyznacza wyraźny cel kursu walutowego, co tylko prowokuje spekulantów do ataku.
„Wiedząc że bank centralny wytycza granicę deprecjacji waluty, sam zaczynam obserwować sytuację rubla” – powiedział Jim Rogers, który w latach 90-tych wspólnie z Georgem Sorosem rzucił na kolana Bank Anglii usiłujący wówczas bronić sztywnego kursu funta.
Tymczasem moskiewscy analitycy nie wykluczają, że władze wyślą kontrole do banków, która sprawdziłaby ich pozycje na rynku walutowym.
Źródło: Bloomberg.



























































