2002-03-08 07:08 Źródło: Gazeta Rachunkowa
Wotum nieufności dla zachodniego inwestora
Czy Polsce potrzebny jest jeszcze obcy kapitał? Czy zagraniczne firmy gotowe inwestować w naszym kraju są oczekiwanym gościem? Kiedy słucha się ogólnych deklaracji Leszka Millera sprawa wydaje się oczywista. Gdy głos – już w sprawach konkretnych - zabiera minister Wiesław Kaczmarek, pojawiają się wątpliwości.
Choć najgłośniejsza w ostatnich dniach była sprawa wycofania się rządu z prywatyzacji kilku wielkich państwowych banków, to ciągu kilku ostatnich miesięcy minister skarbu zdążył zablokować prywatyzację już w kilku innych bardzo różnych sektorach polskiej gospodarki. Nie wykluczył, że w 2002 roku nie dojdzie do planowanej wcześniej prywatyzacji spółek Skarbu Państwa z branży energetycznej. Ponadto – przy współpracy szefa MSWiA Krzysztofa Janika - w praktyce zablokował prywatyzację PZU: resort spraw wewnętrznych nie wyraził zgody na zakup przez zagranicznego inwestora nieruchomości, które są częścią Państwowego Zakładu Ubezpieczeń, a resort skarbu wstrzymał wprowadzenie PZU na giełdę. Wreszcie Wiesław Kaczmarek zapowiedział, że nie zgodzi się na prywatyzację Polskiej Agencji Prasowej, choć PAP od kilku lat do tego się przygotowywała.
Do niedawna można było przypuszczać, że są to pojedyncze i odosobnione przypadki, za którymi nie kryje się przemyślana polityka rządu Leszka Millera. Jednak po ostatnich deklaracjach Wiesława Kaczmarka dotyczących rezygnacji z prywatyzowania PKO BP, Banku Gospodarstwa Krajowego, Banku Gospodarki Żywnościowej i prawdopodobnie Banku Pocztowego, pytanie o stosunek gabinetu Millera do prywatyzacji i do obcych inwestycji w Polsce musi powrócić.
W poniedziałkowym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” szef resortu skarbu wyraził jednoznacznie swoje wotum nieufności wobec kapitału zagranicznego. – Trzeba sobie zdawać sprawę, że władze banków zagranicznych podejmują działania inwestycyjne, które nie służą polskiej gospodarce – powiedział Kaczmarek. Ta opinia oczywiście nie jest odosobniona i najprawdopodobniej jest prawdziwa – trudno sobie bowiem wyobrażać aby zagraniczne banki zamiast dbać o swoje zyski zajmowały się polepszaniem kondycji polskiej gospodarki i np. obniżały oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorców. Podobnie zresztą we własnym interesie będą działać np. właściciele zachodnich supermarketów działających w Polsce i ewentualni przyszli zagraniczni akcjonariusze polskiego sektora naftowego. Ich decyzje będą zbieżne z interesami polskiej gospodarki tylko wtedy, gdy interesy polskiej gospodarki będą współgrać z ich dążeniem do maksymalizowania zysku. Oczekiwanie, że obcy kapitał będzie bezinteresownym dobroczyńcą naszego narodu, powoduje, ze dziś niektórzy postrzegają Toyotę jako strategicznego sojusznika rządu w zwalczaniu bezrobocia (tylko dlatego, że zamierza wybudować fabrykę samochodowych przekładni). A taki punkt widzenia jest już w oczywisty sposób absurdalny.
Jednak opinia wypowiedziana przez Kaczmarka nie jest ani nowa, ani odkrywcza. Szokujące jest raczej to, że owo zacytowane powyżej zdanie wypowiedział urzędujący minister polskiego rządu, gabinetu którego celem – jak się dotychczas wydawało – jest przyciąganie obcego kapitału do naszego kraju. Tymczasem Kaczmarek – jakby dołączając się do chóru polityków „Samoobrony” czy Ligi Polskich Rodzin – stwierdza, iż Polska dysponuje dziś „grupą świetnych menedżerów w sektorze bankowym” którzy poradzą sobie bez pomocy z zewnątrz.
Bardzo możliwe, że minister – w sensie merytorycznym – ma rację, możliwe też, że nasi zagraniczni partnerzy nie odczytają słów Wiesława Kaczmarka, jak podanej im czarnej polewki. Prywatyzacja miała na celu jednak nie tylko skierowanie do polskich przedsiębiorstw zastrzyku finansowego oraz know how, ale także – co jest być może jeszcze ważniejsze – odebranie państwowym urzędnikom wpływu na decyzje gospodarcze. Tymczasem Kaczmarek nie ukrywa dziś, że właśnie zachowanie możliwości ręcznego sterowania gospodarką było głównym motywem jego decyzji o wstrzymaniu prywatyzacji. Przez bardzo silne państwowe molochy rząd w sposób sztuczny, omijając zasady gospodarki rynkowej, będzie mógł wpływać na zachowania innych, mniejszych, także prywatnych firm. Gdyby okazało się, że zwykłe mechanizmy wolnego rynku „odmawiają współpracy” z gabinetem Millera, to rząd dzięki „swoim” dużym państwowym bankom będzie mógł forsować własną linię, bez względu na to, czy będzie ona ekonomicznie racjonalna, czy nie. Trzymając rękę na sektorze energetycznym będzie mógł – znów niezależnie od praw podaży i popytu – narzucać tysiącom firm i milionom obywateli swoje warunki i wskazane przez siebie ceny.
Kiedy reguły zdrowej gospodarki zostaną podważone, kiedy przestaną obowiązywać w świecie wielkich państwowych banków i przedsiębiorstw, z natury rzeczy cały ten precyzyjny mechanizm, jakim powinna być rynkowa gospodarka, zacznie się zacierać. I sukcesy zaczną odnosić nie te małe, rodzinne spółki, które potrafią być racjonalne finansowo i oszczędne, ale te firmy, które będą miały odpowiednie „dojścia” do decydentów, sterujących ręcznie ogromnymi obszarami - teoretycznie - wolnorynkowej gospodarki.
Ale o tym pewnie się nie dowiemy, bo rząd Millera, korzystając z medialnego monopolu, w którym do „publicznej” telewizji dołączy równie „publiczna” Polska Agencja Prasowa, będzie ukrywał absurdalność takiego systemu.
Marcin Dominik Zdort
Choć najgłośniejsza w ostatnich dniach była sprawa wycofania się rządu z prywatyzacji kilku wielkich państwowych banków, to ciągu kilku ostatnich miesięcy minister skarbu zdążył zablokować prywatyzację już w kilku innych bardzo różnych sektorach polskiej gospodarki. Nie wykluczył, że w 2002 roku nie dojdzie do planowanej wcześniej prywatyzacji spółek Skarbu Państwa z branży energetycznej. Ponadto – przy współpracy szefa MSWiA Krzysztofa Janika - w praktyce zablokował prywatyzację PZU: resort spraw wewnętrznych nie wyraził zgody na zakup przez zagranicznego inwestora nieruchomości, które są częścią Państwowego Zakładu Ubezpieczeń, a resort skarbu wstrzymał wprowadzenie PZU na giełdę. Wreszcie Wiesław Kaczmarek zapowiedział, że nie zgodzi się na prywatyzację Polskiej Agencji Prasowej, choć PAP od kilku lat do tego się przygotowywała.
Do niedawna można było przypuszczać, że są to pojedyncze i odosobnione przypadki, za którymi nie kryje się przemyślana polityka rządu Leszka Millera. Jednak po ostatnich deklaracjach Wiesława Kaczmarka dotyczących rezygnacji z prywatyzowania PKO BP, Banku Gospodarstwa Krajowego, Banku Gospodarki Żywnościowej i prawdopodobnie Banku Pocztowego, pytanie o stosunek gabinetu Millera do prywatyzacji i do obcych inwestycji w Polsce musi powrócić.
W poniedziałkowym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” szef resortu skarbu wyraził jednoznacznie swoje wotum nieufności wobec kapitału zagranicznego. – Trzeba sobie zdawać sprawę, że władze banków zagranicznych podejmują działania inwestycyjne, które nie służą polskiej gospodarce – powiedział Kaczmarek. Ta opinia oczywiście nie jest odosobniona i najprawdopodobniej jest prawdziwa – trudno sobie bowiem wyobrażać aby zagraniczne banki zamiast dbać o swoje zyski zajmowały się polepszaniem kondycji polskiej gospodarki i np. obniżały oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorców. Podobnie zresztą we własnym interesie będą działać np. właściciele zachodnich supermarketów działających w Polsce i ewentualni przyszli zagraniczni akcjonariusze polskiego sektora naftowego. Ich decyzje będą zbieżne z interesami polskiej gospodarki tylko wtedy, gdy interesy polskiej gospodarki będą współgrać z ich dążeniem do maksymalizowania zysku. Oczekiwanie, że obcy kapitał będzie bezinteresownym dobroczyńcą naszego narodu, powoduje, ze dziś niektórzy postrzegają Toyotę jako strategicznego sojusznika rządu w zwalczaniu bezrobocia (tylko dlatego, że zamierza wybudować fabrykę samochodowych przekładni). A taki punkt widzenia jest już w oczywisty sposób absurdalny.
Jednak opinia wypowiedziana przez Kaczmarka nie jest ani nowa, ani odkrywcza. Szokujące jest raczej to, że owo zacytowane powyżej zdanie wypowiedział urzędujący minister polskiego rządu, gabinetu którego celem – jak się dotychczas wydawało – jest przyciąganie obcego kapitału do naszego kraju. Tymczasem Kaczmarek – jakby dołączając się do chóru polityków „Samoobrony” czy Ligi Polskich Rodzin – stwierdza, iż Polska dysponuje dziś „grupą świetnych menedżerów w sektorze bankowym” którzy poradzą sobie bez pomocy z zewnątrz.
Bardzo możliwe, że minister – w sensie merytorycznym – ma rację, możliwe też, że nasi zagraniczni partnerzy nie odczytają słów Wiesława Kaczmarka, jak podanej im czarnej polewki. Prywatyzacja miała na celu jednak nie tylko skierowanie do polskich przedsiębiorstw zastrzyku finansowego oraz know how, ale także – co jest być może jeszcze ważniejsze – odebranie państwowym urzędnikom wpływu na decyzje gospodarcze. Tymczasem Kaczmarek nie ukrywa dziś, że właśnie zachowanie możliwości ręcznego sterowania gospodarką było głównym motywem jego decyzji o wstrzymaniu prywatyzacji. Przez bardzo silne państwowe molochy rząd w sposób sztuczny, omijając zasady gospodarki rynkowej, będzie mógł wpływać na zachowania innych, mniejszych, także prywatnych firm. Gdyby okazało się, że zwykłe mechanizmy wolnego rynku „odmawiają współpracy” z gabinetem Millera, to rząd dzięki „swoim” dużym państwowym bankom będzie mógł forsować własną linię, bez względu na to, czy będzie ona ekonomicznie racjonalna, czy nie. Trzymając rękę na sektorze energetycznym będzie mógł – znów niezależnie od praw podaży i popytu – narzucać tysiącom firm i milionom obywateli swoje warunki i wskazane przez siebie ceny.
Kiedy reguły zdrowej gospodarki zostaną podważone, kiedy przestaną obowiązywać w świecie wielkich państwowych banków i przedsiębiorstw, z natury rzeczy cały ten precyzyjny mechanizm, jakim powinna być rynkowa gospodarka, zacznie się zacierać. I sukcesy zaczną odnosić nie te małe, rodzinne spółki, które potrafią być racjonalne finansowo i oszczędne, ale te firmy, które będą miały odpowiednie „dojścia” do decydentów, sterujących ręcznie ogromnymi obszarami - teoretycznie - wolnorynkowej gospodarki.
Ale o tym pewnie się nie dowiemy, bo rząd Millera, korzystając z medialnego monopolu, w którym do „publicznej” telewizji dołączy równie „publiczna” Polska Agencja Prasowa, będzie ukrywał absurdalność takiego systemu.
Marcin Dominik Zdort








Dodaj komentarz