Na liście liderów wzrostów niespodzianek nie ma. Jest on tym większy, im większe miasto. W czołówce zarówno pod względem średniej wartości 1 mkw., jak i wzrostu ceny jest Warszawa, gdzie mieszkania podrożały w ciągu miesiąca o 2,88 proc., a na przestrzeni roku o 8,5 proc. Kolejne miejsce zajmuje Kraków, do którego coraz bardziej zbliża się Wrocław. Na podobnym poziomie kształtują się ceny w Gdańsku, Gdyni i Poznaniu.
I choć wzrosty te są niewielkie, to wiele prognoz zakładało nawet kilkunastoprocentowe spadki cen nieruchomości, tak jak ma to miejsce na świecie. ‐ Polska nie jest USA czy Wielką Brytanią, gdzie rynek mieszkaniowy jest dużo bardziej dojrzały i nasycony ‐ tłumaczy Emil Szweda z Open Finance. W Polsce wciąż brakuje bowiem ponad 1,5 mln mieszkań, a biorąc pod uwagę osoby z wyżu demograficznego lat 80. wchodzące obecnie w dojrzałość, liczba ta będzie się zwiększać.
Zdaniem Szwedy szukanie analogii na polskim rynku mieszkaniowym do tego, co dzieje się na Zachodzie, jest błędem. ‐ Inne kraje marzą o tak niedużym spowolnieniu, jakie ma Polska. Poza tym spada bezrobocie i nawet mimo zaostrzenia kryteriów kredytowych przez banki spora część Polaków i tak może sobie pozwolić na jego zaciągniecie ‐ mówi Szweda. A ci, którzy już to robią, wolą zadłużyć się bardziej i kupić mieszkanie o wyższym standardzie. ‐ Większość analiz nie rozróżnia segmentów rynku mieszkaniowego i tego, co naprawdę się sprzedaje ‐ mówi Grzegorz Baciński, analityk zespołu doradców ds. nieruchomości w Home Broker.
To, że mieszkania z wielkiej płyty są tańsze nawet o kilkanaście procent niż dwa półtora roku temu, nie jest reprezentatywne dla całej sprzedaży, bo lokale te nie znajdują nabywców ‐ dodaje. Dlatego w dłuższej perspektywie należy spodziewać się bardziej stabilizacji cen niż ich gwałtownych wahań.
Maciej Góźdź
Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat































































