2004-03-03 06:09 Źródło: Gazeta Ubezpieczeniowa
Służba zdrowia: Podążajmy za wzorcami
Specjaliści w dziedzinie reformowania polskiej służby zdrowia nawołują do korzystania z wzorców europejskich, gdzie w krajach takich jak np. Niemcy - usługi medyczne świadczone są na bardzo wysokim poziomie. Dowodzą, że wprowadzone tam systemy ubezpieczeń zdrowotnych sprawdzają się od lat i właśnie dlatego należy się na nich wzorować. Czy aby jednak na pewno naśladowanie tego, co u innych się sprawdziło, sprawdzi się także po przełożeniu na polskie warunki?
Niedoskonały system idealny
Niemiecki model ubezpieczeń zdrowotnych uznawany jest za jeden z najstarszych (bo ponad 100-letnich!) modeli na świecie. Organizacja systemu Niemieckich Kas Chorych oceniana jest bardzo wysoko. Wyróżnia je chociażby samorządność kas chorych. Ubezpieczeni sami wybierają organy kas - zarząd i radę nadzorczą, do których wchodzą zarówno przedstawiciele pracodawców, jak i pracowników. Warto nadmienić, że przedstawiciele pracują w tych organach „honorowo”, czyli za darmo!
Niemieckie cudo
Kasy Chorych w Niemczech refundują koszty leków, wypłacają zasiłki chorobowe, finansują przede wszystkim opiekę ambulatoryjną, a tylko w niewielkim stopniu szpitalnictwo. Szpitale utrzymywane są przede wszystkim ze środków budżetów lokalnych. Jako ciekawostkę należy podać, że koszty administracyjne funkcjonowania kas są stosunkowo niskie i wynoszą poniżej 5% całości wydatków. W Niemczech nie wszyscy obywatele są zobowiązani do przystąpienia do ubezpieczenia. Ok. 88% ubezpiecza się w systemie ustawowych kas chorych, prawie 10% korzysta z ubezpieczeń prywatnych, a reszta ludności nie ubezpiecza się w ogóle. Przeciętny Niemiec na ubezpieczenia zdrowotne Krankenversicherung oddaje 12% swego zarobku brutto (dla porównania na ubezpieczenia emerytalne Rentenversicherung przeznacza 19,5%, ubezpieczenia na rzecz bezrobotnych Arbeitslosenversicherung - 6,5%)*.
Polskie realia
Przeciętny Polak na ubezpieczenia zdrowotne przeznacza ok. 8% swego zarobku. Jak zatem widać - w Niemczech składka zdrowotna wyższa jest o 4% niż w Polsce. Ale czy to owe 4% sprawia, że niemieccy obywatele mają zapewnioną skuteczną opiekę medyczną, a niemieckie szpitale nie toną w długach? Oczywiście, że nie.
Równie ważne - poza faktem, jaki procent dochodu przeznaczamy na nasze ubezpieczenie zdrowotne - jest to, do jakiej kwoty ów procent będziemy przykładać. W Polsce minimalna stawka wynagrodzenia wynosi ok. 800 zł, w Niemczech negocjowane minimalne stawki wynagrodzeń to 390 euro* czyli ok. 1800 zł. O ile Polacy zarabiający 800 zł stanowią przeważającą większość Polaków pracujących, o tyle obywatele niemieccy z dochodem 390 euro to zdecydowana rzadkość. Przeciętne zarobki niemieckie to 1000 i więcej euro. Zważywszy, że liczebnościowo Niemcy (ok. 80 mln) znacznie przewyższają obywateli polskich (ok. 40 mln), a do tego płacą wyższą składkę zdrowotną od dużo wyższych niż polskie zarobków - łatwo policzyć, że kwoty przeznaczone na finansowanie służby zdrowia w Niemczech są wielokrotnie wyższe niż Polsce.
Przykład
Dla lepszego zobrazowania wyżej zaprezentowanego wywodu trochę matematyki: 10 Niemców przeznacza 12% ze swoich 390 euro miesięcznego dochodu na ubezpieczenie zdrowotne. Daje to 10 x 46,8 euro czyli ok. 2199 zł.
O połowę mniejsza grupa Polaków płaci 8-procentową składkę zdrowotną od swego zarobku 800 zł. Daje to 5 x 64 zł, czyli 320 zł. Nawet gdyby grupa polska płaciła 12% składkę - kwota wzrosłaby do 480 zł.
Pytanie „ile można kupić, zrobić, zdziałać?” za 2199 zł, a ile za +/- 320-480 zł - niech pozostanie retorycznym. Nawet jeśli pierwsza kwota dotyczyć będzie 10 pacjentów, a druga „tylko” pięciu? Podobnie niech i retoryczną pozostanie kwestia, na ile skuteczni byliby Niemcy, gdyby ich wpływy do kas chorych zmalały kilkakrotnie? Chyba żaden, najlepszy nawet system, przy tak ubogich środkach nie okazałby się... doskonałym.
Martwe dusze
Poza tym ten wspaniały system niemiecki, który tak bardzo chcemy w Polsce naśladować - wcale taki wspaniały nie jest. Oczywiście z punktu widzenia pacjenta, który w szpitalu nadal traktowany jest bez mała jak król i robi mu się wszelkie możliwe badania - niemiecka służba zdrowia jest bez zarzutu. Również zarobki lekarzy i pielęgniarek w Niemczech, wydawać by się mogło, są na tyle duże, że tzw. kombinowanie na boku (jako zbyt ryzykowne) po prostu się nie opłaca. Tymczasem... sytuacje przedstawiane w prasie niemieckiej dowodzą, że i ten system ma swoje słabe strony. Jak się okazuje - dość powszechnym w Niemczech jest zjawisko „martwych dusz”. Ubezpieczalnie płacą za pacjentów, którzy już od dawna nie żyją! Fikcyjnie wystawiane kasom chorych rachunki za usługi to sposób na łatwy zarobek. Zresztą, nie tylko w stosunku do „martwych dusz” prowadzony jest ten proceder.
Okazuje się, że bardzo często do jednej, faktycznie wykonanej, usługi dopisuje się kilka innych (niewykonanych) i wizyta, która powinna kosztować 50 euro kosztuje 150. Jeśli nie jest się pacjentem prywatnym, któremu rachunek za usługę lekarską dostarczany jest bezpośrednio do domu - wtedy możliwość sprawdzenia, ile kosztowała pacjenta porada jest praktycznie żadna. Efekt tego procederu (wyłudzanie pieniędzy od kas chorych) jest taki, że niemieckie ubezpieczalnie... z braku środków podwyższają składki!!!
Afery
Inna bolączka niemieckiego systemu to lekarze chętnie dokonujący zabiegów „na wyrost”. Przykładem niech będzie tu sprawa, o której niedawno było bardzo głośno w niemieckich mediach: chirurg dokonał amputacji 300 (słownie: trzystu) piersi pacjentkom, u których operacja taka wcale nie była konieczna! Prowadzone przeciwko niemu postępowanie karne ujawniło, że owych trzysta operacji niezbędne było do... jego pracy doktorskiej i oczywiście dla zwiększenia swoich dochodów (w Niemczech za wizytę płaci się ok. 50- 150 euro, za amputację piersi kilka tysięcy).
Przykład owego lekarza to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż tak naprawdę z punktu widzenia lekarzy wycinanie chorych narządów opłaca się bardziej od ich leczenia. Pacjenta w szpitalu tak długo się trzyma, aż znajdzie się coś do wycięcia. Osoby, które odmawiają operacji chorej tkanki, muszą się liczyć z konsekwencjami. Na przykład odmawia im się świadczenia dalszych usług medycznych!
Sposobów na wyciągnięcie pieniędzy z ubezpieczalni jest sporo, a te mają ich coraz mniej. Szuka się więc różnych rozwiązań. W ostatnim tylko czasie oprócz podwyższenia składki ograniczono w Niemczech poważnie ilość leków przepisywanych na receptę. Odpłatność za taki lek wahała się jeszcze do niedawna w granicach 1,5 - 2 euro. Teraz leków sprzedawanych na receptę jest coraz mniej... Wprowadzono także odpłatność za korzystanie z darmowych do niedawna usług lekarza rodzinnego - jest to 10 euro kwartalnie.
To tylko kilka przykładów obrazujących działanie systemu uznawanego tak chętnie za doskonały. Jak widać, daleko mu do ideału. A skoro tak - czy warto na nim się wzorować?
Hanna Kustosz
* za: www.bundesfinanzministerium.de
Niedoskonały system idealny
Niemiecki model ubezpieczeń zdrowotnych uznawany jest za jeden z najstarszych (bo ponad 100-letnich!) modeli na świecie. Organizacja systemu Niemieckich Kas Chorych oceniana jest bardzo wysoko. Wyróżnia je chociażby samorządność kas chorych. Ubezpieczeni sami wybierają organy kas - zarząd i radę nadzorczą, do których wchodzą zarówno przedstawiciele pracodawców, jak i pracowników. Warto nadmienić, że przedstawiciele pracują w tych organach „honorowo”, czyli za darmo!
Niemieckie cudo
Kasy Chorych w Niemczech refundują koszty leków, wypłacają zasiłki chorobowe, finansują przede wszystkim opiekę ambulatoryjną, a tylko w niewielkim stopniu szpitalnictwo. Szpitale utrzymywane są przede wszystkim ze środków budżetów lokalnych. Jako ciekawostkę należy podać, że koszty administracyjne funkcjonowania kas są stosunkowo niskie i wynoszą poniżej 5% całości wydatków. W Niemczech nie wszyscy obywatele są zobowiązani do przystąpienia do ubezpieczenia. Ok. 88% ubezpiecza się w systemie ustawowych kas chorych, prawie 10% korzysta z ubezpieczeń prywatnych, a reszta ludności nie ubezpiecza się w ogóle. Przeciętny Niemiec na ubezpieczenia zdrowotne Krankenversicherung oddaje 12% swego zarobku brutto (dla porównania na ubezpieczenia emerytalne Rentenversicherung przeznacza 19,5%, ubezpieczenia na rzecz bezrobotnych Arbeitslosenversicherung - 6,5%)*.
Polskie realia
Przeciętny Polak na ubezpieczenia zdrowotne przeznacza ok. 8% swego zarobku. Jak zatem widać - w Niemczech składka zdrowotna wyższa jest o 4% niż w Polsce. Ale czy to owe 4% sprawia, że niemieccy obywatele mają zapewnioną skuteczną opiekę medyczną, a niemieckie szpitale nie toną w długach? Oczywiście, że nie.
Równie ważne - poza faktem, jaki procent dochodu przeznaczamy na nasze ubezpieczenie zdrowotne - jest to, do jakiej kwoty ów procent będziemy przykładać. W Polsce minimalna stawka wynagrodzenia wynosi ok. 800 zł, w Niemczech negocjowane minimalne stawki wynagrodzeń to 390 euro* czyli ok. 1800 zł. O ile Polacy zarabiający 800 zł stanowią przeważającą większość Polaków pracujących, o tyle obywatele niemieccy z dochodem 390 euro to zdecydowana rzadkość. Przeciętne zarobki niemieckie to 1000 i więcej euro. Zważywszy, że liczebnościowo Niemcy (ok. 80 mln) znacznie przewyższają obywateli polskich (ok. 40 mln), a do tego płacą wyższą składkę zdrowotną od dużo wyższych niż polskie zarobków - łatwo policzyć, że kwoty przeznaczone na finansowanie służby zdrowia w Niemczech są wielokrotnie wyższe niż Polsce.
Przykład
Dla lepszego zobrazowania wyżej zaprezentowanego wywodu trochę matematyki: 10 Niemców przeznacza 12% ze swoich 390 euro miesięcznego dochodu na ubezpieczenie zdrowotne. Daje to 10 x 46,8 euro czyli ok. 2199 zł.
O połowę mniejsza grupa Polaków płaci 8-procentową składkę zdrowotną od swego zarobku 800 zł. Daje to 5 x 64 zł, czyli 320 zł. Nawet gdyby grupa polska płaciła 12% składkę - kwota wzrosłaby do 480 zł.
Pytanie „ile można kupić, zrobić, zdziałać?” za 2199 zł, a ile za +/- 320-480 zł - niech pozostanie retorycznym. Nawet jeśli pierwsza kwota dotyczyć będzie 10 pacjentów, a druga „tylko” pięciu? Podobnie niech i retoryczną pozostanie kwestia, na ile skuteczni byliby Niemcy, gdyby ich wpływy do kas chorych zmalały kilkakrotnie? Chyba żaden, najlepszy nawet system, przy tak ubogich środkach nie okazałby się... doskonałym.
Martwe dusze
Poza tym ten wspaniały system niemiecki, który tak bardzo chcemy w Polsce naśladować - wcale taki wspaniały nie jest. Oczywiście z punktu widzenia pacjenta, który w szpitalu nadal traktowany jest bez mała jak król i robi mu się wszelkie możliwe badania - niemiecka służba zdrowia jest bez zarzutu. Również zarobki lekarzy i pielęgniarek w Niemczech, wydawać by się mogło, są na tyle duże, że tzw. kombinowanie na boku (jako zbyt ryzykowne) po prostu się nie opłaca. Tymczasem... sytuacje przedstawiane w prasie niemieckiej dowodzą, że i ten system ma swoje słabe strony. Jak się okazuje - dość powszechnym w Niemczech jest zjawisko „martwych dusz”. Ubezpieczalnie płacą za pacjentów, którzy już od dawna nie żyją! Fikcyjnie wystawiane kasom chorych rachunki za usługi to sposób na łatwy zarobek. Zresztą, nie tylko w stosunku do „martwych dusz” prowadzony jest ten proceder.
Okazuje się, że bardzo często do jednej, faktycznie wykonanej, usługi dopisuje się kilka innych (niewykonanych) i wizyta, która powinna kosztować 50 euro kosztuje 150. Jeśli nie jest się pacjentem prywatnym, któremu rachunek za usługę lekarską dostarczany jest bezpośrednio do domu - wtedy możliwość sprawdzenia, ile kosztowała pacjenta porada jest praktycznie żadna. Efekt tego procederu (wyłudzanie pieniędzy od kas chorych) jest taki, że niemieckie ubezpieczalnie... z braku środków podwyższają składki!!!
Afery
Inna bolączka niemieckiego systemu to lekarze chętnie dokonujący zabiegów „na wyrost”. Przykładem niech będzie tu sprawa, o której niedawno było bardzo głośno w niemieckich mediach: chirurg dokonał amputacji 300 (słownie: trzystu) piersi pacjentkom, u których operacja taka wcale nie była konieczna! Prowadzone przeciwko niemu postępowanie karne ujawniło, że owych trzysta operacji niezbędne było do... jego pracy doktorskiej i oczywiście dla zwiększenia swoich dochodów (w Niemczech za wizytę płaci się ok. 50- 150 euro, za amputację piersi kilka tysięcy).
Przykład owego lekarza to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż tak naprawdę z punktu widzenia lekarzy wycinanie chorych narządów opłaca się bardziej od ich leczenia. Pacjenta w szpitalu tak długo się trzyma, aż znajdzie się coś do wycięcia. Osoby, które odmawiają operacji chorej tkanki, muszą się liczyć z konsekwencjami. Na przykład odmawia im się świadczenia dalszych usług medycznych!
Sposobów na wyciągnięcie pieniędzy z ubezpieczalni jest sporo, a te mają ich coraz mniej. Szuka się więc różnych rozwiązań. W ostatnim tylko czasie oprócz podwyższenia składki ograniczono w Niemczech poważnie ilość leków przepisywanych na receptę. Odpłatność za taki lek wahała się jeszcze do niedawna w granicach 1,5 - 2 euro. Teraz leków sprzedawanych na receptę jest coraz mniej... Wprowadzono także odpłatność za korzystanie z darmowych do niedawna usług lekarza rodzinnego - jest to 10 euro kwartalnie.
To tylko kilka przykładów obrazujących działanie systemu uznawanego tak chętnie za doskonały. Jak widać, daleko mu do ideału. A skoro tak - czy warto na nim się wzorować?
Hanna Kustosz
* za: www.bundesfinanzministerium.de
Gorące tematy
Najnowsze
- 2012-05-30
-
- 02:08
- Analitycy DM BZ WBK rekomendują "trzymaj" dla akcji TPSA [Rekomendacje analityków]
- 2012-05-29
-
- 22:07
- Inwestorzy odcinają się od problemów Hiszpanii [Depesza Bankier.pl: Rynki finansowe]
- 19:54
- Dworak widzi perspektywy dla mediów publicznych [IAR]
- 19:45
- Milicja przyznaje, że kibice bywają rasistami [IAR]
- 19:40
- Sonel wypłaci 0,4 zł dywidendy na akcję z zysku za 2011 rok [PAP]








Dodaj komentarz