Już teraz, gdy za baryłkę ropy na światowych rynkach trzeba zapłacić 130-140 dol., sprzedawana na polskich stacjach PB98 potrafi kosztować nawet 4 zł 92 gr. Tymczasem eksperci banku Morgan Stanley przewidują, że do 4 lipca cena za baryłkę skoczy do poziomu 150 dol. Jeśli tak się stanie, wówczas paliwo w Polsce podrożeje o kolejne 35 gr za każdy litr - wynika z szacunków firmy E-petrol, analizującej polski rynek paliwowy. W ten sposób każdy zatankowany bak stanie się dla nas poważnym wydatkiem.
Mimo wcześniejszych zapowiedzi rząd nie zamierza w najbliższym czasie przeprowadzić rozmów z prezesami dużych firm paliwowych. Przypomnijmy, że premier Donald Tusk obiecał zorganizować takie spotkania, by znaleźć sposób na obniżkę cen paliw na stacjach. Nie ma też nadal mowy o postulowanej m.in. przez naszą gazetę obniżce akcyzy, choć można by było w ten sposób zmniejszyć cenę każdego litra benzyny o ponad 30 gr.
- Poprosiliśmy Orlen i Lotos o przedstawienie analizy sytuacji na rynku paliw. Jeśli będzie taka potrzeba, premier spotka się z przedstawicielami tych firm - mówi enigmatycznie rzeczniczka rządu Agnieszka Liszka. - Jeśli chodzi o akcyzę, to cały czas monitorujemy sytuację. Takich decyzji nie można podejmować pochopnie - dodaje.
Brak decyzji w sprawie akcyzy jest ostro krytykowany przez opozycję. Niezadowolony jest także koalicjant PO w rządzie, czyli PSL. - Obniżenie akcyzy powinno być poważnie rozważone. Ceny paliw wpływają przecież na ceny innych produktów i usług. Jeśli zostaną utrzymane na tak wysokim poziomie, to gospodarka się rozjedzie - powiedział nam Franciszek Stefaniuk, wiceprzewodniczący klubu PSL. Stanowiska rządu broni Andrzej Bratkowski, główny ekonomista banku Pekao SA. Jego zdaniem wysokie ceny ropy to stały trend, do którego gospodarka musi się przygotować, inwestując w nowoczesne technologie energooszczędne.
- Zmniejszenie akcyzy byłoby złym pomysłem, bo zniechęciłoby gospodarkę do oszczędzania energii. A energię musimy oszczędzać - mówi Bratkowski. - Rząd nic nie może poradzić na wahnięcia globalnych cen, tak jak nie mógłby poradzić na suszę, biegając po polu i podlewając rośliny. Bratkowski przyznaje równocześnie, że gdyby w budżecie było więcej pieniędzy, wówczas rząd mógłby bardziej aktywnie reagować na wzrost cen paliw.
Zwłaszcza że przekłada się on bezpośrednio na inflację oraz wolniejszy rozwój gospodarki. Z wyliczeń ekonomisty wynika, że każde 20 dol., jakie trzeba dodatkowo zapłacić za baryłkę ropy, oznacza zmniejszenie wzrostu PKB w Polsce o 0,1 proc. I to przy obecnym, niskim kursie dolara do złotego. Wyższe o 10 proc. ceny paliw w Polsce oznaczają też wyższą o 0,42 pkt proc. inflację. To dla naszej gospodarki poważne zagrożenie, bo inflacja już się zbliża do poziomu 4 proc.
POLSKA Gazeta Krakowska
Alina Białkowska, Tomasz Dąbrowski



























































