REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Miasta bez wody i prądu, ludzie w piwnicach. Wojna na Ukrainie z bliska

2015-02-10 06:00
publikacja
2015-02-10 06:00
Dodaj Bankier.pl w Google

Nie są niczemu winni, nie angażowali się politycznie, a los sprawił, że ich domy znalazły się na linii ognia w walce o wschodnią Ukrainę. Żyją bez wody i prądu w mieście, nad którym przez całą dobę latają pociski. Śpią w piwnicach, uwięzieni we własnych domach, nadal nie wierząc, że ten koszmar rozgrywa się naprawdę. Nie mają za co i dokąd uciec. Nie ma nikogo, kto przyszedłby im z pomocą. W rok po tym, jak świat zapomniał już o emocjach Euromajdanu, w sąsiadującym z Polską kraju toczy się wojna, gdzie cywile giną na ulicach i we własnych domach.

fot. / / youtube.com

Olena [imię zmieniono na prośbę bohaterki - red.] cztery lata temu przyjechała skończyć w Polsce studia, dziś pracuje tu w branży IT. Urodziła się i wychowała w Awdiejewce, 40-tysięcznym miasteczku położonym 6 km od doszczętnie zniszczonego w styczniu lotniska w Doniecku. Do dziś mieszkają tam jej rodzice i dziadkowie. Mieli zobaczyć się podczas urlopu w sierpniu minionego roku. Niedługo przed jej wyjazdem separatyści poustawiali w mieście swoje posterunki. Nie pojechała. Z bliskimi nie wiedziała się od kwietnia. Często do siebie dzwonią. Do sierpnia przez Skype, ale odkąd w mieście nie ma prądu, pozostaje telefon.

Telefon ładują domowym agregatem prądotwórczym, który udało im się kupić. Dzięki niemu mogą też ugotować obiad. Będą jedli go w zimowych kurtkach, bo temperatura w domu sięga ok. 5 stopni. Niestety nie ma ciepłej wody, zimnej zresztą też. Po wodę chodzi się do studni na końcu ulicy. Pod warunkiem, że akurat za bardzo nie strzelają (w listopadzie w Awdiejewce zastrzelono cywilów stojących właśnie w takiej kolejce). A huki wystrzałów (tak było pod Donieckiem w nocy z 8 na 9 lutego), czy to od strony lotniska, czy od strony Ukrainy, słychać tu cały dzień i całą noc. Nie da się spać. Zresztą, co to za spanie w piwnicy.

W #TamMieszkam rozmowa o podłym i pełnym niesprawiedliwości obliczu wojny. O codziennym odbieraniu niewinnym ludziom prawa do wolności, poczucia bezpieczeństwa i ludzkiej godności. Nie na Majdanie i nie na froncie. Ale w miastach, które niespodziewanie stały się obiektem ataków wroga. Kto jest tym wrogiem - miejscowi już sami nie wiedzą, brat strzela tu przecież przeciwko bratu. W związku z prośbą rodziców bohaterki, jej imię zostało zmienione.

Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Jak znalazłaś się w Polsce?

Wakacje na giełdzie

Olena: Byłam tu najpierw na studenckiej wymianie, na stale przyjechałam do Polski pod koniec studiów.

Pochodzisz jednak z Awdiejewki. Jakie to miasto?

To nieduże, 40-tysięczne miasto, znajdujące się blisko Doniecka, przez co zawsze mieliśmy dostęp do wszystkiego, czego potrzeba. Powstało jako sypialnia dla pracowników tamtejszej koksowni (AKHZ). 

To największy tego typu zakład przemysłowy w całej Ukrainie. Zapewniał mieszkańcom nie tylko miejsca pracy, ale także ciepło i energię elektryczną.

Kiedy ostatnio byłaś u rodziców?

W kwietniu.

Zdaje się, że nie najłatwiej dotrzeć tam do Was z Polski.

To połączenie to tragedia. Sprawdziłam chyba wszystkie możliwe sposoby. Pociągiem w jedną stronę jechało się dwie doby, ale w czasie studiów było to rozwiązanie dobre, bo ekonomiczne. Najpierw jedziesz kilka godzin do Przemyśla. Stamtąd do granicy podwozi cię bus. Później na piechotę przekraczasz granicę. Po drugiej stronie łapiesz autobus do Lwowa. Dotarcie do domu pociągiem z Lwowa zajmuje z kolei dobę, bo jest to przecież ponad 1200 km. Dlatego właśnie zawsze bawiły mnie pytania znajomych ze studiów, czy jadę na weekend do domu. Paradoksalnie najszybciej było dostać się na Ukrainę przez Niemcy, z przesiadką w Dortmundzie.

Kiedy pojawiły się pierwsze symptomy sygnalizujące, że chyba prędko nie pojedziesz do domu?

W kwietniu. O Majdanie było już wtedy głośno. W Doniecku pojawiła się Doniecka Republika Ludowa (DNR), która zajęła budynek administracji obwodu, ogrodziła go, a wejścia pilnowali ludzie uzbrojeni w karabiny. Przechodziłam wtedy obok, ale miejscowi funkcjonowali właściwie normalnie, jak gdyby nic się nie stało. Nigdy bym nie pomyślała, że w naszej okolicy w ciągu kilku miesięcy rozgorzeje prawdziwa wojna.

Powrót do rodziców miałam zaplanowany na czas urlopu, w sierpniu. Niestety do tego czasu w obwodzie donieckim rozgorzały walki na dużą skalę, coraz bliżej Awdiejewki. W końcu w samym mieście DNR rozstawiła posterunki ze swoimi ludźmi. Moi rodzice chodzili wtedy jeszcze normalnie do pracy. Były jednak wtedy w tym sierpniu moment konfrontacji i wymiany ognia separatystów z Ukrainą, doszło wtedy do sporych zniszczeń w mieście. Pamiętam jak dzisiaj, że nie mogłam się wtedy do rodziców dodzwonić. Odradzali mi przyjazd, bo nikt nie wiedział, co dalej będzie się działo w mieście. No a dalej było już tylko gorzej.

Wiem, że nie chcesz wskazywać, czyja to Twoim zdaniem wina.

Tak – każdy, kto trzyma w rękach broń, jest winny. Ja oczekuję pokoju.

Kiedy to, co działo się w okolicy, zaczęło dotyczyć Twoich rodziców w bezpośredni sposób?

Zaczęło się latem od przerw w dostawie prądu, nie mogli więc na przykład podłączyć lodówki. Później przez kilka tygodni nie było wody, którą co prawda następnie podłączono, ale później znowu zaprzestano dostaw. No i nie ma jej do teraz. Dzisiaj te braki odczuwa się o wiele bardziej, bo nie ma ciepła, prądu i wody, a trwa zima. Co prawda mamy ogrzewanie gazowe, ale żeby działało, musi być prąd. Rodzice pojechali więc kupić agregat prądotwórczy, bo w domu temperatura spadła do 5 stopni. Teraz mówią, że dostaw gazu też nie ma, a służby miejskie naprawiające zepsute instalacje robią to tylko prowizorycznie, na przykład zaklejając dziury taśmą. Ewentualnie mówią wprost, że nie pojadą naprawić instalacji, bo dane miejsce jest pod obstrzałem.

Całe nasze miasto nie ma więc wody, całe miasto nie ma też prądu. W tzw. starej części miasta, gdzie stoją domy jednorodzinne, niektórzy ogrzewają domy i gotują wodę dzięki piecom węglowym. Ale w nowej części, gdzie znajdują się blokowiska, nie ma na to szans.

Kilka dni temu jakiś pocisk trafił w podwórko mojej babci, wyleciały drzwi, potłukła się szyba w oknie, a szkło wleciało do pokoju dziadka, zniszczył się dach. Rodzice spędzają ostatnie dni, próbując naprawić własnymi siłami to, co się da.

Mogą swobodnie przemieszczać się po mieście?

Wychodzą, bo muszą kupować jedzenie i zaglądać do dziadków. Ale wiedzą, że nie jest to bezpieczne. Unikają natomiast tej nowej części miasta, gdzie ostatnio kierowany jest ostrzał. Pociski trafiają w cywilne mieszkania, niszcząc wszystko, a najczęściej dodatkowo wywołując pożar, który trawi też sąsiednie mieszkania.

Kto jest w mieście bezpośrednim obiektem i kiedy pojawia się ogień?

Wystrzały słychać przez cały czas, dzień i noc. Na niebie normalnie gołym okiem widać wymianę ognia przez cały czas. Słyszę je zresztą nawet w słuchawce, kiedy rozmawiamy. Mówię rodzicom, żeby częściej chowali się w piwnicy, ale od mamy słyszę tylko, że nauczyli się już rozróżniać, skąd i w którym kierunku kierowany jest ogień.

Niestety nie jesteś w stanie przewidzieć, kiedy i kto stanie się celem. Nagle słyszysz huk i okazuje się, że atak przypuszczono na dom obok ciebie, albo że ni stąd, ni zowąd ludzie, którzy chwilę temu stali na ulicy, leżą na ziemi nieżywi. Niedawno jeden z pocisków trafił do pokoju, w którym spał mój wujek. Nie wiem, jakim cudem udało im się ujść z życiem. To coś strasznego.

W mieście, na ulicach widać czołgi i żołnierzy?

W mieście widać ich rzadko, pojawiają się tylko czasami. Mieszkają w wielopiętrowym budynku, w którym wcześniej były mieszkania cywilów. Obie walczące strony rozstawione są natomiast pod miastem, po obu jego stronach. W ten sposób wymieniając ogień, niszczą Awdiejewkę. Na wjeździe do miasta podobno ustawiono punkt kontrolny.

Twoja mama zrezygnowała w międzyczasie z pracy. Zalecono pracownikom pozostanie w domach?

Większość ludzi sama zaczęła rezygnować. Biuro mojej mamy przeniesiono w inne miejsce, ale jako że nie ma jak się tam fizycznie dostać, została w domu.

Jest szansa, żeby w Awdiejewce dostać się przykładowo do lekarza?

Mamy w mieście szpital, ale w czasie ataków powypadały w nim szyby. W okolicach świąt i Nowego Roku, kiedy było trochę spokojniej, powstawiano je z powrotem, ale ostatnio znowu zostały zniszczone. Nie ma też prądu, jak więc w takiej sytuacji może działać chirurgia. Podobno ktoś przywiózł tam generatory i w jakimś niewielkim pomieszczeniu odbywają się niektóre zabiegi.

Karetki prawie w ogóle nie wyjeżdżają do ludzi, nie ma zresztą komu leczyć, bo większość lekarzy powyjeżdżała. Jeśli twoje dziecko ma 40-stopniową gorączkę, nie masz nawet co liczyć, że ktoś do niego przyjedzie. Rannych też raczej przywozi się do szpitala samemu. Niestety brakuje też leków, więc nie ma czym leczyć.

A sklepy?

Działają, ale raz, że brakuje tam często towaru – nie ma zapałek, świeczek, bywają przerwy w dostawie chleba – a dwa, że nawet jeśli towar jest, ceny są bardzo wysokie.

Banki, bankomaty działają?

Bankomaty nie działają, bo nie ma prądu, zresztą nikt nie przyjechałby z pieniędzmi ich uzupełnić, bo nie wyjechałby stamtąd cały.

...bo zdarza się, że ludzie giną tu na ulicach.

Tak.

Media piszą, że mieszkańcy przesiadują w piwnicach, że tam rodzą się dzieci. To prawda?

Tak. Zwłaszcza w blokach w tej ostrzeliwanej, nowej części miasta.

Wszystko zależy od podejścia. Niektórzy bardzo się boją i siedzą tam właściwie cały czas. Niektórzy są tam uwięzieni, bo mają dzieci. Nie mogli albo nie udało im się wyjechać z miasta na czas, a teraz nie chcą narażać swojego dziecka. Ci, którzy zostają w domach, uważają, żeby trzymać się z dala od okien, śpią w wannach, na korytarzach.

fot. / / FORUM

W najgorszej sytuacji znalazły się osoby niepełnosprawne. Nie wyobrażam sobie, jak funkcjonują, mieszkając na przykład na 9. piętrze i musząc przynosić wodę ze studni na ulicy. Niedawno zaczęto ewakuować tych ludzi. Co ciekawe, o podstawianych autobusach informowano w internecie, tylko że... miasto nie ma prądu. Miejscowi polegają więc teraz między innymi na informacjach dostarczanych im przez telefon – na przykład z innych części kraju czy z zagranicy.

Wielu Twoich sąsiadów uciekło z miasta?

Tak, rodzice mówią, że z naszej ulicy wyprowadziła się już większość osób. Ostatnio nie wytrzymali też rodzice mojej koleżanki, którzy zarzekali się, że nigdy nie zostawią swojego domu.

No nie jest to chyba zbyt bezpieczne.

Jeżeli wyjeżdżasz i zostawiasz dom sam sobie, to kiedy wrócisz, nic już tam nie będzie. Coraz częściej ludzie zgłaszają, że ktoś zakleja im zamek w drzwiach od zewnątrz taśmą. Jeśli po jakimś czasie jest zerwana, to znaczy, że właściciel wrócił do domu i otwierał kluczem drzwi. A jeśli taśma przez dwa, trzy dni pozostaje na miejscu, to znaczy, że prawdopodobnie w domu nikt już nie mieszka, można więc kraść.

Dom moich rodziców też sprawdzano w podobny sposób. Ktoś wsuwał pod drzwi cokolwiek, jakiś nic nie znaczący kawałek papieru i obserwował, czy pozostanie na miejscu, czy lokatorzy go sprzątną.

Dochodzi też do absurdalnych sytuacji, że widzisz jak w domu twojego sąsiada pojawia się ktoś obcy, ale nie wiesz, czy to nie ktoś, kogo poprosił o przypilnowanie dobytku na czas krótkiego wyjazdu. Albo widzisz, że ktoś wywozi sprzęty domowe na sankach i nie wiesz, czy to znajomy właścicieli, który pomaga ewakuować majątek, czy jednak złodziej.

Kiedy było wiadomo, że w Awdiejewce za chwilę może być niebezpiecznie, ostrzegano mieszkańców, zalecano im ucieczkę?

Powiedziałabym, że częściej słyszało się raczej sugestie, że ten, kto chciał uciec, już to zrobił, a pozostali tylko ci, którzy popierają separatystów. Nikt nie brał po uwagę, że zostali tam przede wszystkim ci, którzy nie mogli wyjechać.

fot. / / youtube.com

Tak, jak u mnie w rodzinie. Rodzice nie mogą wyjechać, bo jest jeszcze dziadek i dwie babcie. Nawet jeśli wszyscy zabiorą się do samochodu, żadna z tych osób nie jest w stanie wziąć ze sobą nic więcej, bo nie ma miejsca. W takim składzie daleko nie dojadą, a blisko – nie ma to większego sensu, bo za chwilę wojna może pojawić się i tutaj. Ludzie mówią, że w niedużej odległości od miasta wszystkie kwatery są zajęte. Nawet jeśli wyjedziesz do znajomych, to ile będziesz tam mieszkał? Wiadomo, każdy ci pomoże, ale przecież nie chcesz być dla nikogo ciężarem.

Zresztą, to bardzo trudna decyzja - tak po prostu zostawić wszystko. Wyobraź sobie, że rezygnujesz z dorobku swojego życia i jedziesz nie wiadomo dokąd, nie wiedząc, czy – jeśli wojna się skończy - będzie do czego wracać.

Ewakuacji jako takiej państwo nie organizuje?

Nie, ponieważ Awdiejewka nie jest oficjalnie w ramach strefy ATO (operacji antyterrorystycznej). To oznacza, że nawet jeśli uciekniesz do zachodniej Ukrainy, nie dostaniesz świadczenia, jakie przyznaje się osobom przyjeżdżającym z obszaru wojny. Co prawda nasze miasto miało być włączone do tej strefy pod koniec stycznia, ale do tej pory nie zrobiono tego, mimo że tak duża jego część jest już zniszczona.

Miasto, po którym pewnie nikt by się tego nie spodziewał, zamienia się w ruinę.

Powiem Ci, że boję się tam wracać. Boję się to wszystko zobaczyć, bo w głowie mam widok miasta, jakie znałam od lat. Nawet moi rodzice powiedzieli ostatnio, że boją się iść do tej nowej części miasta, gdzie stoją te ostrzeliwane blokowiska. Mówią, że po prostu nie chcą tego widzieć.

Ja niby rozumiem, co się dzieje, ale jednocześnie tego nie rozumiem. Moja mama mówi, że nawet ona nadal nie wierzy, że to wszystko dzieje się wokół nich, że to nie jest jakiś zły sen, że ten koszmar to ich codzienne, normalne życie. Warunki, w których można zwariować. Ani prądu, ani wody, cały czas strzelają, jesteś cały czas zestresowany. Albo już nie jesteś, bo straciłeś już wszystkie nerwy.

Ja na razie chcę, żeby przestano tam strzelać i zabijać ludzi. Ale kto to wszystko będzie później podnosił i budował na nowo, tego nie wiem.

Takie miejscowości, jak Awdiejewka, nie goszczą zbyt często w czołówkach zachodnich mediów. Na szczęście nie doszło tu do masowych ataków na cywilów, nie pokazuje się więc ich w telewizji.

No tak, nawet po znajomych widzę, że zainteresowanie w porównaniu do tego z okresu walk na Majdanie jest znacznie mniejsze. W ogóle trudno nie odnieść wrażenia, że świat trochę zmęczył się już tematem Ukrainy. W trakcie Majdanu można było wysłać z Polski paczkę z pomocą za darmo, dzisiaj już nie, co można by rozumieć tak, że wszystko jest już w porządku. A przecież nie jest.

Zaangażowałaś się w społeczną walkę o międzynarodową uwagę. Poparłaś petycję zachęcającą do pokojowego rozwiązania konfliktu, popierasz działania na rzecz zaprzestania wojny na Ukrainie [zobacz profil "Stop war in Ukraine" na Facebooku]. Jakich efektów spodziewasz się po takich działaniach?

Nie chodzi o pomoc materialną albo nawet konkretne działania. Bardziej o nagłośnienie informacji o sytuacji zwykłych, anonimowych mieszkańcach Ukrainy, o których świat trochę zapomniał. O zaangażowanie organizacji walczących o prawa człowieka.

Jasne, że pewnie niewiele to zmieni. Ale przynajmniej spróbuję. Skoro udało się już chwilowo zawiesić broń, to znaczy, że da się, że można dogadać się tak, żeby nie było ofiar. Na razie tylu ludzi ginie i nie wiadomo za co.

Ten stan ciągnie się już od miesięcy.

Od sierpnia. Z małą przerwą w grudniu – wtedy było spokojniej, nie budziłaś się co rano z niepewnością, jakie dostaniesz wiadomości. Ale ten okres, kiedy ludzie nie pracują, a część wyjechała – od sierpnia. Natomiast tak źle, jak jest teraz, jeszcze nie było.

Na razie perspektyw na normalność nie widać?

Nie wydaje mi się. Jeśli cały czas strzelają, to nie jesteś nawet w stanie się wyspać. Co prawda rodzice nie śpią w piwnicy, ale jest bardzo zimno, po domu chodzą w kurtkach. Ostatnio któregoś dnia mama mówiła, że właśnie mają ciepły dzień. W domu dało się zdjąć płaszcz. Do tego codziennie ryzykujesz, wychodząc na ulicę po wodę czy do babci, do której nie można się dodzwonić.

Całe szczęście, że telefony komórkowe działają, bo tylko w ten sposób mogę się dowiedzieć, co się z nimi dzieje. Rozmawiamy w zasadzie codziennie. Zastanawiałam się ostatnio, jak to będzie znowu ich zobaczyć. Tego się boję, bo chyba przez to wszystko mocno się zmienili.

Rozmawiała Malwina Wrotniak, Bankier.pl

Materiał jest częścią projektu #TamMieszkam

Źródło:
Tematy

Komentarze (66)

dodaj komentarz
~Vanessa
Pędzić banderowców z Polski bo gotowi nam zgotować taki raj:(
~ja
dobry artykul...tak to niestety wszystko wyglada
~Le
Powinni referendum zrobić,a nie podbijać nieposłusznych Rosjan armatami bo ci mogą też dostać pomoc jak widać nie tylko Majdan
~abw
Zapomniałem załozyc kłódkę w piwnicy. A co nie wolno? hehehehe Może mam w kieszeni Shin Bet. Może skotchna? heeehł Egeszagedre. Chodź tu bliżej ćwoku...
~paweł
Mądrym i rozstropnym polecam

http://niebezpiecznik.pl/post/kulisy-pracy-rosyjskich-prorzadowych-trolli-internetowych/
~Madera
Taka jest wojna ?! A co myśleliście, że to bajka filmowa ?!
~Jarek
Wstęp do wywiadu opisuje najistotniejszy aspekt tego co dzieje się aktualnie w Donbasie. Żadne integralności terytorialne, przynależności do kręgów kulturowych czy inne slogany nie mogą usprawiedliwiać tego co wyczyniają obie strony i przesłaniać cierpień jakie ponosi miejscowa ludność. Dobrze, że w naszych mediach coraz częściej Wstęp do wywiadu opisuje najistotniejszy aspekt tego co dzieje się aktualnie w Donbasie. Żadne integralności terytorialne, przynależności do kręgów kulturowych czy inne slogany nie mogą usprawiedliwiać tego co wyczyniają obie strony i przesłaniać cierpień jakie ponosi miejscowa ludność. Dobrze, że w naszych mediach coraz częściej pojawiają się artykuły takie jak ten bo dotychczasowy główny nurt był równie tendencyjny jak ten prezentowany w Rossija24. Niewątpliwie inicjatorem tego horroru jest Putin ale część odpowiedzialności za jego przebieg spada także na ukraińską armię, ochotnicze bataliony i samego Poroszenkę.
Wyrazy współczucia dla Oleny, jej bliskich i znajomych.
~ja
ja bym powiedzial ze wina jest polowiczna i lezy po obu stronach...
~Marta
Jak to jest, że ludzie chętnie z Ukrainy uciekają do agresora?
~plazowicz
Uciekają we wszystkich kierunkach. Kacapy do kacapów, Ukraińcy przeważnie na Zachód albo na Białoruś.

Powiązane: Ukraina

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki