2012-01-26 13:30 Źródło: Przegląd Finansowy
Mariusz Grendowicz: Czas zmienić sposób myślenia o bankach
Europejski sektor bankowy, sam niestabilny, nie będzie również czynnikiem stabilizacji dla polskiego sektora bankowego. Musimy zatem wyjść poza schemat myślenia, którym posługiwaliśmy się w ciągu ostatnich piętnastu lat i pomyśleć o alternatywnych inwestorach - na pytania o kondycję sektora finansowego i dalsze losy banków wystawionych na sprzedaż odpowiada Mariusz Grendowicz.
Obniżka ratingów krajów strefy euro – zaskoczenie, czy oczywistość? Jak ta zmiana odbije się na europejskim rynku bankowym?
Trudno mówić o zaskoczeniu. O obniżce ratingów większości krajów europejskich mówiło się od jakiegoś czasu. Natomiast dość spora jest sama skala zmian – 9 krajów to ponad połowa strefy euro. Czy to wpłynie na rynek bankowy? Popatrzmy na realia. Pomimo tego, że ratingi niektórych krajów były nadal na bardzo wysokim poziomie, to jednak ceny i rentowności obligacji tych krajów różniły się dość istotnie od niemieckich. Tak jak pan mówił, Niemcy nadal pozostają fundamentem. Można skonstatować, że rynki spodziewały się redukcji ratingów i że to ratingi doszły teraz do odpowiadających im rentowności, a nie odwrotnie. A więc dramatycznego wzrostu rentowności obligacji emitentów z krajów, których dotknęły obniżki raczej nie zobaczymy.
Ostatnie lata to rozmowy o konieczności dokapitalizowania banków, Bazylea III - skąd ten kapitał pozyskać? Czy bankom europejskich znowu będą musiały pomagać rządy?
Wiemy doskonale, że wyniki stres-testów, które zostały przeprowadzone parę miesięcy temu, wykazały, że ponad 100 mld euro będzie musiało zostać przeznaczone na dokapitalizowanie banków europejskich. I tu rodzi się problem, bo z jednej strony banki wymagać będą dokapitalizowania, a z drugiej strony, nie ma wielkiej kolejki chętnych do zakupu akcji banków europejskich. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że jeżeli ktoś będzie je wspierał, to niestety znowu będą to rządy. To z kolei będzie miało swoje konsekwencje budżetowe. Jednym słowem – sytuacja nie jest prosta. Obawiam się, że fakt, iż w aktywach bankowych nadal jest duża część obligacji, które nie zostały właściwie w oczach rynku wycenione, powodować będzie dalszy brak zainteresowania akcjami bankowymi. Do tego jeszcze trzeba dodać wymienioną przez pana regulację. Bazylea III nadchodzi. Połączone: przecena obligacji krajów południa Europy i przyspieszone wprowadzenie niektórych zapisów Bazylei III – do połowy tego roku banki europejskie będą musiały podnieść współczynniki wypłacalności do 9 procent i to po uwzględnieniu ewentualnych strat na obligacjach Grecji i innych krajów peryferiów Europy - powodować będą trudne do przewidzenia w tej chwili działania dostosowawcze banków. Prowadzone one będą z grubsza na dwóch wektorach. Z jednej strony podwyższanie kapitałów bankowych, z drugiej - obniżanie aktywów ważonych ryzykiem, czytaj: portfeli kredytów. Jeżeli na wektorze kapitałowym nie uda się osiągnąć wielkich sukcesów, a to wydaje się być, no może nie przesądzone, ale wielce prawdopodobne, uwaga skoncentruje się na drugim wektorze. Tak więc w ciągu najbliższych 6 miesięcy będziemy widzieli spore ruchy dostosowawcze banków europejskich, zmierzające w kierunku obniżenia aktywów ważonych ryzykiem poprzez ograniczanie działalności kredytowej, jak również sprzedaż spółek-córek.
Co dalej z takimi bankami jak Kredyt Bank czy Millennium? Czy jest szansa na to, że do końca tego roku znajdą nowych nabywców?
Pamiętajmy o dwóch rzeczach. Z jednej strony na pewno bankowcom inwestycyjnym bardzo istotnie w ostatnich kwartałach podupadły dochody, i nie mówię tutaj o osobistych dochodach bankowców, tylko o dochodach banków. Wierzę więc w to, że bankowcy inwestycyjni, odpowiedzialni za sprzedaż jakichkolwiek banków polskich, będą bardzo usilnie starać się, aby taką transakcję zrealizować. Druga rzecz, o której powinniśmy pamiętać to to, że trochę przywykliśmy do pewnego standardowego trybu myślenia. W ciągu ostatnich 15 lat zasadniczo wszystkie polskie banki sprzedawane inwestorom strategicznym trafiały do europejskich grup bankowych. Przywykliśmy trochę do trybu myślenia, że jeżeli cokolwiek jest sprzedawane w Polsce, to niewątpliwie zakupi to bank zachodnioeuropejski. Musimy więc mieć świadomość, że w świetle redukcji aktywów ważonych ryzykiem, czy ewentualnej sprzedaży spółek-córek, europejski sektor bankowy nie będzie aktywną stroną w procesach konsolidacji. Europejski sektor bankowy, sam niestabilny, nie będzie również czynnikiem stabilizacji dla polskiego sektora bankowego. Musimy zatem wyjść poza schemat myślenia, którym posługiwaliśmy się w ciągu ostatnich piętnastu lat i pomyśleć o alternatywnych inwestorach. Zmienić schemat myślenia muszą też bankowcy inwestycyjni. Zmiana paradygmatu jest jednak procesem powolnym i zajmuje trochę czasu.
Podejrzewam, że w tej chwili bankowcy inwestycyjni sprzedający polskie banki podróżują w trochę dalsze miejsca świata. Prawdopodobnie podróżują do Chin, do Rosji, do Indii, ewentualnie do Brazylii czy Singapuru, czy na Bliski Wschód, bo tam w tej chwili znajdują się pieniądze. To są obecnie miejsce, które mogą realnie ustabilizować akcjonariat polskich banków, a nie spowodują, że za pół roku czy za rok będziemy mieli do czynienia z kolejną sprzedażą. Zmiana paradygmatu to powód, ze względu na który nie słyszymy w tej chwili o żadnych działaniach na froncie sprzedaży polskich banków. Zmiana paradygmatu będzie również niezbędna po stronie Komisji Nadzoru Finansowego. Przez ostatnich co najmniej piętnaście lat odpowiedzialność za oszczędności zgromadzone w polskich bankach tak naprawdę zepchnięta była na barki inwestorów strategicznych, a poprzez nich, na zagranicznych nadzorców. Ewentualne problemy polskich banków miały w tym modelu obciążyć podatników tamtych krajów. Przy zmianach własnościowych, które nie byłyby realizowane za pośrednictwem inwestorów strategicznych, lecz wiodły do bardziej rozproszonego akcjonariatu, odpowiedzialność za polski sektor bankowy musiałaby spocząć z powrotem na barkach polskiego nadzoru, w prawdziwym tego słowa znaczeniu. A w przypadku ewentualnych, lecz mało prawdopodobnych z dzisiejszej perspektywy, kłopotów w sektorze bankowym, na podatniku polskim, a nie podatnikach zagranicznych.
Polski podatnik zdaje się być już przyciśnięty do muru, szczególnie po expose premiera…
Powiedzmy sobie szczerze, prawdopodobieństwo tego, że polski bank upadnie, jest niewielkie. Nadzór w ciągu ostatnich lat bardzo skrupulatnie przestrzegał wszelkich kryteriów nadzorczych. Mieliśmy do czynienia z wprowadzeniem rekomendacji S, T i całego szeregu rozmaitych innych obostrzeń. Jeżeli nałożymy to na Bazyleę 3, nowe standardy płynnościowe, które tam będą zawarte, trudno jest sobie wyobrazić kłopoty, w które ewentualnie wmaszerowałby którykolwiek z dużych polskich banków. Udział działalności bardziej ezoterycznej w polskich bankach jest minimalny. 97, o ile pamiętam, procent dochodów polskiego sektora bankowego realizowanych jest na kredytach i depozytach dla klientów indywidualnych i korporacyjnych, oraz na obsłudze ich płatności, a więc na najbardziej tradycyjnym obszarze działalności bankowej. Prawdopodobieństwo wystąpienia jakichkolwiek zawirowań, jeżeli odizolujemy polski bank od reszty sceny europejskiej, jest minimalne. Mówimy zatem o scenariuszu czysto hipotetycznym. W przypadku, gdyby tego typu bardzo, bardzo nieprawdopodobny scenariusz się pojawił, to musielibyśmy, tak jak zresztą ma to miejsce w innych krajach, wesprzeć tę część sektora bankowego. Przypomnę jednak, że mamy już w tej chwili banki, które nie mają strategicznych inwestorów zagranicznych. Zasady gry byłyby identyczne, jak w przypadku tych banków.
Kapitał rosyjski lub chiński - czy realny byłby scenariusz przejęcia „polskiego” banku? Co z reakcjami klientów?
Tak naprawdę olbrzymia rola jest tutaj po stronie mediów. Temat naturalnie może wzbudzać pewne emocje. Przypuśćmy jednak, że przejęcie banku przez kapitał rosyjski następuje. Nie sądzę, aby bez jakiegoś wielkiego rozgłosu medialnego tego typu sprawa miała istotne znaczenie dla klientów banku. Twierdziłbym, że 98 bądź nawet 99 procent klientów mBanku nie jest świadomych tego, że jest to część banku niemieckiego, który z kolei w 25 ponad procentach jest własnością niemieckiego państwa. Dla klienta na ulicy istotne jest to, że jest to bank polski, marka jest polska, a kto za tym stoi, jest kwestią wtórną. W związku z tym, jeżeli nie nakręcimy negatywnej spirali emocji, jeżeli nie będziemy o tym mówić w kategoriach pejoratywnych, nie sądzę, aby to miało wielkie znaczenie dla polskiego klienta. Pod warunkiem, że bank ten nie będzie się zmieniał na gorsze [...].
Przeczytaj całość! Pobierz Przegląd Finansowy.
Rozmawiał Michał Kryński,
PRNews.pl

Dodaj komentarz