
Najlepsi pouciekali do sektora prywatnego, gdzie nie ma kolesiostwa. Tam decyduje rynek, a ludzie są oceniani przez pryzmat osiąganych wyników - mówi dla wnp.pl Janusz Steinhoff, były wicepremier
- Z ubolewaniem odbieram to, że już tak długo trwa w Budryku akcja protestacyjna. Ona rujnuje bowiem finanse tej kopalni.
Myślę, że mimo wszystko rząd nie jest parterem do rozmów ze strajkującymi. Tym partnerem jest zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Tyle że negocjacje zarząd JSW powinien prowadzić mając pełną suwerenność. Natomiast doszły mnie głosy, że zarząd JSW prowadzi negocjacje ze strajkującymi, ale wszelkie propozycje konsultuje z resortem gospodarki. Jeżeli tak jest - to jest to błąd. Należy bowiem obdarzyć zarząd JSW pełnym zaufaniem. Zarząd JSW powinien być suwerenny w prowadzeniu negocjacji.
Trzeba tu podkreślić, że tego protestu w kopalni Budryk nie poparły największe centrale związkowe. Zarówno Związek Zawodowy Górników w Polsce, jak i górnicza Solidarność nie poparły tej akcji strajkowej.
Chyba po raz pierwszy mamy w górnictwie do czynienia z tak poważnym rozdźwiękiem między górniczymi centralami związkowymi. Mamy do czynienia z eskalacją protestu. Odnoszę wrażenie, że strajkujący nie zdają sobie sprawy z konsekwencji takiego działania.
A konsekwencją może być zniszczenie tej kopalni, przez co ludzie nie będą mieli miejsc pracy. Potrzebne jest porozumienie z załogą kopalni Budryk. Nie może być tak, że niewielka część załogi działa na szkodę tej kopalni. I przyczynia się do tego, że pozostała, przeważająca część załogi - chcąca pracować - może stracić pracę. Przecież przedłużanie protestu może się przyczynić do zniszczenia tej kopalni.
Tu potrzebny jest klarowny głos, że dalej jest już tylko ściana i jeżeli akcja protestacyjna nie zostanie przerwana, to kopalnia Budryk upadnie.
Mamy do czynienia z nieodpowiedzialnością osób ciągnących ten strajk. A utwierdza mnie w tym postawa Związku Zawodowego Górników w Polsce i górniczej Solidarności. Te największe centrale związkowe nie popierają tego protestu.
Strajkujący muszą zdać sobie sprawę z tego, że trzeba myśleć o przyszłości kopalni Budryk. Prezes zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej Jarosław Zagórowski, którego znam i cenię - na pewno zgodziłby się w kolejnych latach na podwyżki, jeżeli sytuacja kopalni byłaby zadowalająca. Zarząd JSW i tak już poszedł na wielkie następstwa. Na większe - mając na uwadze przyszłość Budryka - pójść nie może.
A zatem, jakie działania należy Pańskim zdaniem podjąć, by wyjść z tego impasu?
- Niestety obawiam się, że nawet gdyby przedstawiciel rządu uczestniczył w negocjacjach, to i tak nic by się nie zmieniło.
Dlatego, że propozycje zgłaszane przez zarząd JSW i tak już nie ulegną zmianie. Zarząd JSW poszedł na wystarczająco duże ustępstwa. Jeżeli strajk się nie skończy, to Budryk może upaść.
Sytuacja jest skomplikowana, a zarząd JSW nie może już iść na dalsze ustępstwa, bo przecież musi mieć na uwadze przyszłość kopalni. Musi być jakaś granica wysuwanych żądań.
Co Pan sądzi o tym, co się teraz dzieje w górnictwie?
- Zacznę od tego, że górnictwo za czasu rządów Jerzego Buzka przeszło trudny proces restrukturyzacji. W 2001 roku górnictwo przestało generować straty. Później były lata koniunktury, ale niestety je przespano i z tej koniunktury nie skorzystano.
A należało przyspieszyć likwidację trwale nierentownych mocy wydobywczych oraz inwestować w kopalnie z przyszłością. Zaskakująca jest też opieszałość administracji rządowej w ostatnich latach.
Do dziś nie przyłączono koksowni z Wałbrzycha i Zabrza do Jastrzębskiej Spółki Węglowej, choć o zasadności utworzenia grupy węglowo-koksowej na bazie JSW mówi się od lat. Jastrzębska Spółka Węglowa oraz Katowicki Holding Węglowy już dawno powinny być sprywatyzowane.
Niestety obecnie w polityce mamy do czynienia z nieodpowiedzialnością za słowo. Kolejni decydenci zapowiadają realizację określonych przedsięwzięć, które potem w ogóle nie są realizowane.
Jak zapatruje się Pan na to, że Mirosław Kugiel i Piotr Rykala zostali niedawno wiceprezesami Kompanii Węglowej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż na długo przed konkursami mówiło się, że na pewno te dwie osoby obejmą funkcje wiceprezesów. Pisaliśmy o tym w portalu wnp.pl. I rzeczywiście obaj panowie zostali wiceprezesami...
- Dla mnie zawsze liczyły się kwalifikacje merytoryczne. Natomiast obecnie karuzela kadrowa rzeczywiście kręci się niesamowicie mocno.
Przy czym rząd Prawa i Sprawiedliwości w ogóle nie zwracał uwagi na merytoryczne przygotowanie ludzi. Wystarczy tu wspomnieć nominacje górnicze ówczesnego wiceministra gospodarki Pawła Poncyljusza. To były przykłady na arogancję władzy.
To, że dziennikarze, zajmujący się daną branżą, są w stanie przed konkursami wskazać osoby, których wiedza uprawnia do sprawowania istotnych funkcji w przedsiębiorstwach, to jedno.
Natomiast nie można też wykluczyć czegoś, co ja nazywam kolesiostwem. Jednak zawsze jest tak, że minister, który posługuje się niemerytorycznymi kryteriami, ma później z tego tytułu liczne problemy.
Powinny być transparentne procedury i powinni w konkursach wygrywać najlepsi pod względem merytorycznym.
Powinno się desygnować na ważne stanowiska w spółkach Skarbu Państwa osoby o najwyższych kwalifikacjach.
W polskiej gospodarce najlepsi ludzie uciekają ze spółek Skarbu Państwa.
Nie chcą się bowiem użerać ze związkami i pracować w niestabilnych warunkach. Takich, gdzie zmiana na scenie politycznej pociąga za sobą czystki kadrowe w spółkach.
Najlepsi pouciekali do sektora prywatnego, gdzie nie ma kolesiostwa. Tam decyduje rynek, a ludzie są oceniani przez pryzmat osiąganych wyników. W prywatnych firmach menedżerowie nie tracą czasu na tworzenie dobrych relacji z posłami z danych partii.
Niestety dziś często posłowie angażują się w sprawy kadrowe dotyczące spółek Skarbu Państwa, czemu stanowczo się sprzeciwiam.
Rozmawiał: Jerzy Dudała
wnp.pl (Jerzy Dudała)






























































