Na koniec ubiegłego roku liczba prowadzonych IKE wynosiła 853,8 tys. Oznacza to, że szacunki z 2004 r., kiedy konta emerytalne rozpoczęły działalność, przewidujące 3 mln uczestników w ciągu kilku lat, były delikatnie mówiąc zbyt optymistyczne.
W tej chwili IKE posiada, jak wynika z raportu KNF, zaledwie 5,3% osób aktywnych zawodowo, co świadczy o tym, jak małą wagę przywiązują Polacy do zapewnienia sobie godziwych świadczeń po zakończeniu pracy. Czym jest to spowodowane? Czy tylko wiarą w siłę ZUS i przekonaniem, że niezależnie od kondycji naszego systemu emerytalnego, zawsze będziemy mogli liczyć na pieniądze z państwowej kasy, a więc emeryturę z I filaru?
O problemach z finansowaniem świadczeń, jakie w niedalekiej przyszłości może mieć ZUS, słychać coraz częściej, ale kwestia małej liczby prowadzonych IKE to także, a może przede wszystkim, kłopot z nakłonieniem przeciętnego Kowalskiego do tego, aby systematycznie odkładał pieniądze na konkretny cel. I nie chodzi tu o środki zgromadzone na lokatach bankowych, gdyż taka forma oszczędzania nie ma nic wspólnego z systematycznym inwestowaniem z myślą o emeryturze i własnej przyszłości.
Niecałe 2 tys. zł, jakie średnio na rachunkach IKE zgromadzono w 2008 r., dowodzi, jak niewielką wagę przywiązujemy do kwestii emerytury. Zachęcanie do oszczędzania na ten konkretny cel jest niezwykle trudne, o czym jeszcze przed wprowadzeniem IKE przekonały się towarzystwa funduszy inwestycyjnych, które oferują od wielu już lat plany systematycznego oszczędzania. Stworzone właśnie jako uzupełnienie pieniędzy odkładanych w ramach składek ZUS-owskich na emeryturę, w strukturze sprzedaży TFI stanowią niewielką tylko część.
Zachęcenie Polaków do gromadzenia pieniędzy na własną emeryturę jest niezwykle trudne i być może sam fakt uniknięcia podatku od zysków kapitałowych, który miał być koronnym argumentem przemawiającym za IKE, nie zapewni podmiotom, które ten produkt oferują, większej liczby klientów w przyszłości. Pomysłu, aby przekonać do zakładania IKE proponując ulgi w podatku od dochodów, być może w ogóle nie uda się wprowadzić w życie, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Skarb Państwa we wszystkich możliwych aspektach funkcjonowania szuka oszczędności.
Problem jednak nie leży w kieszeni, ale w głowie. – W Polsce nie ma tradycji dodatkowego oszczędzania na emeryturę. Ludzie nie odczuwają takiej potrzeby i nadal liczą na małą, ale gwarantowaną emeryturę od państwa – uważa Agnieszka Rumniak-Buczkowska z Helion Doradcy Finansowi. I dopóki trwać będą w tym przekonaniu, dopóty rola produktów inwestycyjnych służących odkładaniu pieniędzy na emeryturę nie ulegnie zmianie. A wszelkie zachęty finansowe, aby rozpocząć takie oszczędzanie, mogą jedynie być dodatkowym impulsem, ale z pewnością nie staną się koronnym argumentem, który przekona niedowiarków. Tym, co naprawdę może to uczynić, jest tylko i wyłącznie pokazanie, że na ZUS nie mamy już co liczyć.

Grzegorz Piotrowski
gpiotrowski@o2.pl

































































