2009-07-14 07:48 Źródło: Polska
Gomułka: Podnoszenie podatków to ostateczność
Z prof. Stanisławem Gomułką rozmawia Maciej Domagała.
Światowi politycy nawet nie chcą wspominać o możliwości podwyżki podatków, a mam wrażenie, że to się szykuje w Polsce. Donald Tusk próbuje szukać alternatywnych rozwiązań, ale to może być nieuniknione.
Nie przeszkadzałoby mi, że nasz rząd idzie pod prąd polityce światowej, gdyby miał dobre argumenty. Podwyżka podatków nie przełoży się raczej na duże wpływy do budżetu, a wpłynie tylko na powiększanie się szarej strefy.
Na szczycie G8 premier Kanady powiedział, że podwyższanie podatków to głupi pomysł.
W okresie recesji to, jak mówił premier kanadyjski, rzeczywiście nie pomaga, a raczej utrudnia wychodzenie z trudnej sytuacji. Nie daje to rezultatów, a tylko powiększa się szara strefa. Tam, gdzie się da, trzeba podatki obniżać, nawet kiedy gospodarka ma kłopoty, a w budżecie jest pokaźna dziura.
Kalifornia stoi na krawędzi bankructwa, a mimo to gubernator woli ciąć wydatki socjalne, niż podwyższać podatki. Na Łotwie dalej obowiązuje ten sam podatek liniowy, chociaż ostatnio rząd musiał obniżyć emerytury o 70 proc. Czy to znaczy, że w żadnym wypadku nie można podwyższać podatków?
Można tylko w sytuacji bezpośredniego zagrożenia dla stabilności makrofinansowej kraju - gdyby groził nam bardzo gwałtowny wzrost kosztów obsługi długu zagranicznego i nikt nie kupował naszych papierów skarbowych.
Dlaczego miałoby to nam grozić?
W czasie dwóch spotkań udało mi się przekonać prezydenta, że zagrożenie powiększania się deficytu jest realne. W zasadzie chodzi o dwa czynniki - wewnętrzny, czyli zmniejszona wiarygodność Polski i zewnętrzny, a więc ogromna podaż nowych papierów na rynkach światowych. Kombinacja tych dwóch elementów może doprowadzić do zwiększenia rentowności długu publicznego. Dlatego przed spotkaniem prezydenta z premierem namawiałem Lecha Kaczyńskiego do współpracy z rządem.
Czy deficyt w wysokości 30 mld zł jest tak duży, że zmniejszy wiarygodność Polski?
W przypadku Polski możemy mieć kłopot z finansowaniem dużego deficytu sektora finansów publicznych, który jest szacowany przez Komisję Europejską na 80 mld zł w tym roku i 95 mld zł w przyszłym. W skład sektora finansów publicznych wchodzą trzy segmenty: budżet państwa, fundusze (w szczególności fundusz ubezpieczeń społecznych czy fundusz pracy) i jednostki samorządu regionalnego. Deficyt jest w tych sektorach na tyle duży, że trzeba być uważnym i zastanawiać się, co zrobić, gdyby doszło do wzrostu kosztów obsługi długu.
O jakie pieniądze może chodzić?
Wystarczy, żeby nasze rentowności osiągnęły poziom węgierski, żebyśmy mieli dodatkowe 25-30 mld wydatków na obsługę kosztów. Ale rentowność może wzrosnąć jeszcze bardziej w konsekwencji ogromnego wzrostu podaży amerykańskich i brytyjskich papierów skarbowych na rynkach światowych. Rentowności tych papierów rosną i przełoży się to też na papiery polskie.
Skoro jeszcze nie czas, by podwyższać podatki w celu zmniejszania deficytu, to jakie konkretnie sygnały powiedzą nam, że czas podjąć gwałtowne działania?
Teraz koszt obsługi długu publicznego wynosi 30-32 mld złotych. Gdyby wzrósł dwukrotnie, mielibyśmy do czynienia z sytuacją bezpośredniego zagrożenia. Bardzo szybko wzrastałby deficyt budżetowy i rósłby dalej koszt obsługi długu. Drugim wskaźnikiem, który pokazuje, że trzeba zacząć myśleć o podwyżce podatków, jest relacja długu publicznego do PKB. W przyszłym roku prawdopodobnie przekroczymy poziom 55 proc., czyli tak zwany poziom sanacyjny, który zobowiązuje rząd do dość drastycznych kroków w kolejnym budżecie.
Podwyżka już w 2010?
Nie, bo wtedy nie będzie jeszcze wszystkich danych. Relację między PKB i długiem publicznym w 2010 r. będziemy znać najwcześniej w kwietniu 2011 r. Wtedy przygotowywany będzie budżet na rok 2012, który będzie musiał zawierać szereg mocnych elementów. Może być to podwyżka podatków, zamrożenie nowych projektów inwestycyjnych albo zatrzymanie wzrostu płac w sektorze publicznym czy zmiana indeksacji rent i emerytur.
W obecnym układzie politycznym zmiany są możliwe?
Zbliżają się wybory prezydenckie i nie będzie żadnego przyzwolenia politycznego na zmiany podatkowe. Dopiero po wyborach parlamentarnych 2011 pojawi się koalicja parlamentarna i prezydent, którzy będą ze sobą współpracować, i to stworzy nową sytuację, w której można będzie rozważyć zmiany ustawowe dotyczące wydatków.
Jest jakieś inne wyjście?
W tej chwili trzeba się koncentrować raczej na bezpieczniejszym sposobie finansowania zwiększonego deficytu budżetowego. Na krótką metę można szukać źródeł nie na rynkach światowych, ale w międzynarodowych organizacjach finansowych, takich jak Bank Światowy lub Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Światowi politycy nawet nie chcą wspominać o możliwości podwyżki podatków, a mam wrażenie, że to się szykuje w Polsce. Donald Tusk próbuje szukać alternatywnych rozwiązań, ale to może być nieuniknione.Nie przeszkadzałoby mi, że nasz rząd idzie pod prąd polityce światowej, gdyby miał dobre argumenty. Podwyżka podatków nie przełoży się raczej na duże wpływy do budżetu, a wpłynie tylko na powiększanie się szarej strefy.
Na szczycie G8 premier Kanady powiedział, że podwyższanie podatków to głupi pomysł.
W okresie recesji to, jak mówił premier kanadyjski, rzeczywiście nie pomaga, a raczej utrudnia wychodzenie z trudnej sytuacji. Nie daje to rezultatów, a tylko powiększa się szara strefa. Tam, gdzie się da, trzeba podatki obniżać, nawet kiedy gospodarka ma kłopoty, a w budżecie jest pokaźna dziura.
Kalifornia stoi na krawędzi bankructwa, a mimo to gubernator woli ciąć wydatki socjalne, niż podwyższać podatki. Na Łotwie dalej obowiązuje ten sam podatek liniowy, chociaż ostatnio rząd musiał obniżyć emerytury o 70 proc. Czy to znaczy, że w żadnym wypadku nie można podwyższać podatków?
Można tylko w sytuacji bezpośredniego zagrożenia dla stabilności makrofinansowej kraju - gdyby groził nam bardzo gwałtowny wzrost kosztów obsługi długu zagranicznego i nikt nie kupował naszych papierów skarbowych.
Dlaczego miałoby to nam grozić?
W czasie dwóch spotkań udało mi się przekonać prezydenta, że zagrożenie powiększania się deficytu jest realne. W zasadzie chodzi o dwa czynniki - wewnętrzny, czyli zmniejszona wiarygodność Polski i zewnętrzny, a więc ogromna podaż nowych papierów na rynkach światowych. Kombinacja tych dwóch elementów może doprowadzić do zwiększenia rentowności długu publicznego. Dlatego przed spotkaniem prezydenta z premierem namawiałem Lecha Kaczyńskiego do współpracy z rządem.
W przypadku Polski możemy mieć kłopot z finansowaniem dużego deficytu sektora finansów publicznych, który jest szacowany przez Komisję Europejską na 80 mld zł w tym roku i 95 mld zł w przyszłym. W skład sektora finansów publicznych wchodzą trzy segmenty: budżet państwa, fundusze (w szczególności fundusz ubezpieczeń społecznych czy fundusz pracy) i jednostki samorządu regionalnego. Deficyt jest w tych sektorach na tyle duży, że trzeba być uważnym i zastanawiać się, co zrobić, gdyby doszło do wzrostu kosztów obsługi długu.
O jakie pieniądze może chodzić?
Wystarczy, żeby nasze rentowności osiągnęły poziom węgierski, żebyśmy mieli dodatkowe 25-30 mld wydatków na obsługę kosztów. Ale rentowność może wzrosnąć jeszcze bardziej w konsekwencji ogromnego wzrostu podaży amerykańskich i brytyjskich papierów skarbowych na rynkach światowych. Rentowności tych papierów rosną i przełoży się to też na papiery polskie.
Skoro jeszcze nie czas, by podwyższać podatki w celu zmniejszania deficytu, to jakie konkretnie sygnały powiedzą nam, że czas podjąć gwałtowne działania?
Teraz koszt obsługi długu publicznego wynosi 30-32 mld złotych. Gdyby wzrósł dwukrotnie, mielibyśmy do czynienia z sytuacją bezpośredniego zagrożenia. Bardzo szybko wzrastałby deficyt budżetowy i rósłby dalej koszt obsługi długu. Drugim wskaźnikiem, który pokazuje, że trzeba zacząć myśleć o podwyżce podatków, jest relacja długu publicznego do PKB. W przyszłym roku prawdopodobnie przekroczymy poziom 55 proc., czyli tak zwany poziom sanacyjny, który zobowiązuje rząd do dość drastycznych kroków w kolejnym budżecie.
Podwyżka już w 2010?
Nie, bo wtedy nie będzie jeszcze wszystkich danych. Relację między PKB i długiem publicznym w 2010 r. będziemy znać najwcześniej w kwietniu 2011 r. Wtedy przygotowywany będzie budżet na rok 2012, który będzie musiał zawierać szereg mocnych elementów. Może być to podwyżka podatków, zamrożenie nowych projektów inwestycyjnych albo zatrzymanie wzrostu płac w sektorze publicznym czy zmiana indeksacji rent i emerytur.
W obecnym układzie politycznym zmiany są możliwe?
Zbliżają się wybory prezydenckie i nie będzie żadnego przyzwolenia politycznego na zmiany podatkowe. Dopiero po wyborach parlamentarnych 2011 pojawi się koalicja parlamentarna i prezydent, którzy będą ze sobą współpracować, i to stworzy nową sytuację, w której można będzie rozważyć zmiany ustawowe dotyczące wydatków.
Jest jakieś inne wyjście?
W tej chwili trzeba się koncentrować raczej na bezpieczniejszym sposobie finansowania zwiększonego deficytu budżetowego. Na krótką metę można szukać źródeł nie na rynkach światowych, ale w międzynarodowych organizacjach finansowych, takich jak Bank Światowy lub Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
- Gomułka: Podnoszenie podatków to ostateczność Autor: ~Jogi 2009-07-14 12:26
- Czekamy na kometarz klakierów chcących płacić większe podatki na super zreformowany i optymalny aparat partyjny PO (Misiak and Co.)








Dodaj komentarz