Zarabiaj z nami | Logowanie | Newsletter | Forum | Blogi | Konkurs

Księgarnia


Jak zarobiłem 2 000 000 $ na giełdzie. Wydanie II

Cena: 39 zł

Słownik - Waluty

Wpisz szukane słowo

Clearing:


Jest formą rozliczeń finansowych pomiędzy podmiotami gospodarczymi. Polega ona przede wszystkim ...

zobacz pozostałe hasła...

2009-04-07 06:00 Źródło: Fakty - magazyn gospodarczy

Fakty - magazyn gospodarczy

Droga do euro


Koalicja PO-PSL, która jeszcze niedawno opowiadała się zdecydowanie za realizacją tak zwanej mapy drogowej wstąpienia Polski do strefy euro, staje wobec piętrzących się problemów. Sytuacja budżetu państwa jest bowiem niewesoła i wcale nie ma pewności, że utrzymamy deficyt poniżej 3 proc. produktu krajowego brutto. A bez spełnienia tego warunku o członkostwie w Unii Walutowej nie ma co marzyć. Rząd mógłby wprawdzie zdusić deficyt jeszcze większymi niż dotychczas cięciami wydatków, ale spotkałby się prawdopodobnie z ripostą w postaci protestów i zamieszek ulicznych, jakie miały miejsce choćby w Grecji czy w Krajach Bałtyckich


Ryzykowne jest także wchodzenie do mechanizmu ERM2, w którym trzeba przebywać 2 lata przed przyjęciem wspólnej waluty. Należałoby więc zaczynać już niedługo, skoro euro ma się pojawić w naszych portfelach 1 stycznia 2012 roku. W tym przedsionku trzeba jednak utrzymywać w miarę stabilny kurs krajowej waluty. Wahania nie mogą przekraczać plus minus 15 proc. Tymczasem złoty na początku tego roku osłabiał się gwałtownie i stracił 30 proc. wartości. Gdybyśmy byli w ERM2, Narodowy Bank Polski musiałby interweniować, rzucając na rynek swoje rezerwy walutowe. Są to operacje kosztowne i zwykle mało skuteczne. Paradoksem w tej sytuacji jest fakt, że samo euro nie utrzymałoby się w przedsionku do eurolandu, bo wahania jego kursów przekraczają 15 proc.

Komisja Europejska musi coś z tym zrobić. Żaden kraj strefy euro nie spełnia dzisiaj wszystkich kryteriów z Maastricht. Ich deficyty budżetowe grubo przekraczają 3 proc. PKB. Dlaczego więc wymaga się od kandydatów do Unii Walutowej, żeby wykazywali się większą dyscypliną finansową? Zresztą Komisja Europejska zakomunikowała wcześniej, że w dobie kryzysu można przejściowo poluzować politykę fiskalną i monetarną, aby pobudzić gospodarki krajów członkowskich. Nie wiadomo jednak, czy taką dyspensę otrzymają także państwa kandydujące do euro. Wymaga to konkretnych decyzji KE. Wypowiedzi jednego czy drugiego komisarza nie wystarczą, bo nie są prawem.

Wierzą, ale powątpiewają

– Polska gospodarka, żeby się rozwijać, potrzebuje jak nigdy dotąd stabilizacji – powiedział w Sejmie minister finansów Jacek Rostowski. Jest ona potrzebna w dwóch wymiarach. Prawnym, co zapewnia nasze członkostwo w Unii Europejskiej oraz finansowym. Stabilizacji pieniądza pomoże przyjęcie wspólnej waluty. – Wierzę – powiedział minister Rostowski – że Polsce uda się przystąpić do strefy euro 1 stycznia 2012 roku.

Przystąpienie do strefy euro umożliwi Polakom dostęp do tanich kredytów. Dzięki temu w kieszeniach obywateli i przedsiębiorców zostałoby 10–15 mld zł. Odpadną koszty transakcyjne, związane z wymianą walut i zniknie ryzyko kursowe, które trapi przedsiębiorców. Wszystko to, jak szacuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy, w ciągu dwudziestu lat przyniesie wzrost produktu krajowego brutto o 20 proc. Jeżeli chodzi natomiast o wzrost cen, czego obawiają się po wprowadzeniu euro polscy konsumenci, to rząd stworzy specjalną rezerwę amortyzacyjną, chroniącą najbiedniejszych przed takimi skutkami.

O przyjęciu przez Polskę wspólnej waluty co rusz dowiadujemy się czegoś innego. W grudniu ubiegłego roku minister Rostowski zapewniał, że efekty kryzysu finansowego powinny w znacznej mierze ustąpić w pierwszej połowie 2009 roku, co oznacza, że plan przyjęcia euro w 2012 roku pozostaje niezagrożony. Pod koniec stycznia dowiedzieliśmy się jednak, że może być inaczej. – Wejście do strefy euro – powiedział minister Rostowski – może się przesunąć ze względu na niepewną sytuację światową. W dobie kryzysu musimy tym procesem zarządzać spokojnie, w sposób odpowiedzialny. Kilka dni później znowu był przekonany, że rząd sobie z tym poradzi.

Premier Donald Tusk też „plącze się w zeznaniach”. Po jednym ze styczniowych posiedzeń rządu zapewnił, że harmonogram przyjmowania wspólnej waluty będzie realizowany, bo kryzys pokazuje, jak bardzo bezpiecznie czują się kraje, które weszły do eurolandu. Zaraz jednak dodał, że to zadanie nie może być traktowane doktrynalnie. – Ja nie jestem samobójcą i nie chcę wprowadzić Polski do strefy euro tylko dlatego, aby coś komuś udowodnić. To ma być z korzyścią dla Polski i Polaków – oświadczył.

Te wątpliwości nietrudno zrozumieć. Widać już wyraźnie, że tegoroczny budżet jest w opałach. Komisja Europejska twierdzi, że polski deficyt dojdzie w tym roku do 3,5 proc. PKB, czyli będzie powyżej dopuszczalnego maksimum. Rząd obawia się też, że trudno będzie utrzymać w ryzach kurs złotego.

Mirosław Gronicki, minister finansów w rządzie Marka Belki, stwierdził, że teraz widać wyraźnie, jakie są skutki zaniedbań i błędnych decyzji z czasów, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Nie wykorzystano wówczas dobrej koniunktury, pozwalającej podreperować finanse publiczne. A decyzje, wypracowane przez wicepremier Zytę Gilowską (dodajmy – poparte przez Platformę Obywatelską) o obniżce składek na ZUS i podatków uszczupliły dochody państwa o 20 mld zł. Tych pieniędzy teraz brakuje. Pytany w Radiu Zet o to, co obecny rząd powinien zrobić dla pobudzenia gospodarki, odpowiedział, że teraz jest już za późno. Efekty działań przyjdą bowiem nie wcześniej niż za pół roku. Decyzję o przyjęciu euro w 2012 roku uznał natomiast za polityczną. – Trzeba z tym poczekać na koniunkturę gospodarczą – oświadczył.

Jak trwoga, to do Unii

Premier Islandii Johanna Sigrudardottir oświadczyła, że przystąpienie do Unii Europejskiej i przyjęcie wspólnej waluty jest najlepszą opcją dla jej kraju, przeżywającego obecnie poważny kryzys gospodarczy. Jej partia, czyli Sojusz Socjaldemokratyczny, zapowiada, że rząd tymczasowy zamierza zmienić konstytucję, by umożliwić Islandii szybkie przystąpienie do UE po przedterminowych wyborach w kwietniu.

Światowy kryzys finansowy gwałtownie i mocno dotknął Islandię, co zresztą prognozowaliśmy na łamach „Faktów”. Jej szybko rozwijające się banki upadły w wyniku zadłużenia i załamania się kursu waluty. Kraj został zmuszony do pożyczenia 10 mld dolarów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Teraz szuka silniejszego oparcia na trwałe. Postępuje zgodnie z zasadą, którą sformułował Ryszard Petru, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Powiedział mianowicie, że gdy szaleje sztorm, lepiej jest płynąć na dużym statku. O wstąpieniu do Unii Walutowej myśli się też coraz intensywniej w Wielkiej Brytanii, Danii i Szwecji. Badania dowodzą, że rośnie poparcie społeczne dla takich pomysłów. Nawet sceptyczni wobec przyjęcia wspólnej waluty politycy, których w tych krajach nie brakowało, muszą przyznać, że euro nie tylko przetrwało poprzednią dekadę, ale stało się stabilną walutą. Korzystają na tym państwa, używające tego pieniądza, zwłaszcza te, które miały problemy z inflacją.

Podobnie myślą Polacy. Zwolennicy zastąpienia złotego wspólną walutą zdobywają zdecydowaną przewagę, wynika z sondażu GfK Polonia dla „Rzeczpospolitej”. Za przyjęciem euro opowiada się już 65 proc. ankietowanych. A jeszcze latem ubiegłego roku euro w swoich portfelach chciało mieć 54 proc. respondentów. W tak krótkim czasie aż 11 proc. Polaków poprawiło swoją opinię o wspólnej walucie.

W największym stopniu dotyczy to zapewne przedsiębiorców i załóg firm, które poniosły poważne straty na tak zwanzch opcjach walutowych. Wicepremier Waldemar Pawlak stwierdził na podstawie informacji z Ministerstwa Finansów i Komisji Nadzoru Finansowego, że jest to 7,5 mld zł. Kiedy złoty się umacniał, przedsiębiorcy, sprzedający swoje usługi, bądź towary za waluty obce, zawierali umowy. Banki zobowiązywały się, że odkupią od przedsiębiorcy na przykład 10 mln euro po 3,5 zł, nawet gdyby kurs tej waluty wynosił 3,3 zł. Otrzymywały za to tak zwaną premię opcyjną. Gdy złoty się osłabił, euro kosztowało grubo ponad 4 zł. Banki skorzystały wówczas z możliwości kupna tej waluty po zaniżonym kursie. Takich ryzykownych transakcji firmy nie musiałyby zawierać, gdybyśmy byli w strefie euro.

Niepewne prognozy

Pełnomocnik rządu do spraw przyjęcia wspólnej waluty, wiceminister finansów Ludwik Kotecki poinformował, że resort pracuje nad Narodowym Planem Wprowadzenia Euro. Ma to być strategiczny dokument zawierający między innymi szczegółowe analizy kosztów i korzyści. Powinien być gotowy pod koniec marca. – Koszty mają charakter krótkotrwały, a korzyści będą widoczne w krótkim, średnim i długim okresie – oświadczył wiceminister. Według niego oczekiwany jest przede wszystkim napływ inwestycji.

Rząd prowadzi rozmowy z Komisją Europejską na temat wejścia do mechanizmu ERM2. Porozumienie powinno być podpisane pod koniec tego kwartału. Do rozwiązania pozostaje jednak problem zmiany konstytucji. W ustawie zasadniczej zapisane jest bowiem, że na straży polskiego pieniądza stoi Narodowy Bank Polski. Po wejściu do euro tę kompetencję przejmie Europejski Bank Centralny.

Zmianom konstytucji sprzeciwia się PiS. Podobno w otoczeniu premiera znaleziono na to sposób. Polska ma wejść do ERM2 w czerwcu tego roku, a konstytucję zmieni się po wyborach parlamentarnych, które mają się odbyć wiosną 2011 roku. Teoretycznie jest to możliwe. Żyjemy jednak w tak dynamicznych czasach, że wszystkie prognozy mogą się zawalić. Także ta, że PO utrzyma się przy władzy.

Krzysztof Rawa

Zobacz też:
» Zagraniczna pomoc dla hiszpańskich banków nie jest potrzebna
» Hiszpania w kryzysie - obligacje tracą na wartości
» Grecja musi wyjść ze strefy euro, aby do niej wrócić




Komentarze do artykułu

Wiadomość przez email

Dziennik Bankier.pl
Tygodnik Firma
Twój e-mail:

Centrum Finansowe

Zamów online produkty finansowe: