Tak, gdyż na taki scenariusz wskazują długoterminowe modele ekonomiczne. Najbliższy rok może przynieść jednak jej spore wahania. Będzie to wynikiem wzrostu niepewności na rynkach międzynarodowych. A jak pokazały ostatnie lata, decyzje podejmowane przez zagraniczne fundusze mają spory wpływ na notowania złotego.
Wykres: Odchylenie od dawnego parytetu NBP (wyliczenia 2000 - 2007 r.)

Gigantyczna aprecjacja złotego rozpoczęła się w 2004 r.
Gospodarcze status quo
Niektórzy ekonomiści zostali zaskoczeni skalą umocnienia się polskiej waluty na jesieni 2007 r. Bo w październiku dynamika aprecjacji złotego była najwyższa w całym regionie. Część analityków przypisywała ten fakt zmianie steru rządów, po wygranej Platformy Obywatelskiej w wyborach parlamentarnych. I istotnie można było wtedy zauważyć wzmożone zakupy obligacji o długich terminach zapadalności (powyżej 10 lat). Inwestorzy liczyli na to, iż PO, znana ze swojego bardziej liberalnego podejścia do gospodarki, podejmie wysiłki zmierzające do szybszego przyjęcia wspólnej waluty (wzrosły nadzieje na przyspieszenie programu konwergencji).
Chodziło głównie o utrwalenie tendencji zapoczątkowanych w ostatnich dwóch latach – mam na myśli spadek deficytu sektora publicznego, co zawdzięczamy głównie wyższemu od zakładanego tempu wzrostu gospodarczego i tym samym lepszej ściągalności podatków. Kluczem do podtrzymania tych zmian nie jest jednak polepszanie strony przychodowej, a cięcia po stronie wydatków. Aby to uczynić, należy gruntownie zreformować finanse publiczne.
Optymizm inwestorów zaczął jednak gasnąć po tym, jak koalicja PO–PSL zdecydowała się na przyjęcie budżetu sporządzonego jeszcze przez poprzednią ekipę, a zagwarantowane, dzięki zgłoszonym poprawkom, kilka miliardów oszczędności najprawdopodobniej zostanie przeznaczone na obiecane w kampanii wyborczej podwyżki dla wybranych grup zawodowych sektora budżetowego. Jednocześnie ze względu na konieczność zawarcia koalicji z PSL zmiękczeniu uległ program gospodarczy Platformy.
W efekcie trudno jest określić, jak duża będzie determinacja w reformowaniu finansów publicznych. Zwłaszcza że podczas kampanii obiecano dużo, a światowa gospodarka coraz konsekwentniej zmierza w kierunku poważniejszego spowolnienia. W efekcie będziemy mieć co najwyżej gospodarcze status quo, a przecież nie o to chyba chodziło.
Czy RPP pozostanie wsparciem?
Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, iż za aprecjację złotego na jesieni 2007 r. pośrednio odpowiedzialna była także Rada Polityki Pieniężnej. W obliczu kryzysu na globalnych rynkach, który rozpoczął się w sierpniu po ujawnieniu pierwszej fali bankructw firm udzielających ryzykownych pożyczek hipotecznych w Stanach Zjednoczonych, inwestorzy zaczęli poszukiwać swoistej bezpiecznej przystani. A Polska oferowała im korzystną stopę zwrotu przy akceptowalnym ryzyku (gwarantem tego było wysokie tempo wzrostu gospodarczego przy dodatkowo stabilnych podstawach).
Co więcej – wiele wskazywało na to, że Rada Polityki Pieniężnej, aby ograniczyć rosnącą presję inflacyjną, będzie dalej podnosić stopy procentowe. Tym samym inwestorzy dostaliby wyższą premię za ponoszone ryzyko. Mechanizm był jednak zbyt prosty, aby miał szanse utrzymać się dłużej. Już w końcu października członkowie RPP nie zdecydowali się na podwyżkę stóp, uzasadniając ten fakt zbawczym wpływem siły złotego na możliwość ograniczenia inflacji. Do wzrostu kosztu pieniądza doszło dopiero w listopadzie. Wymusił to październikowy odczyt inflacji konsumenckiej, która wyraźnie naruszyła cel inflacyjny banku centralnego (2,5 proc. r/r) i groźba dalszego przyspieszenia jej wzrostu.
Zmaterializowała się ona już w listopadzie, kiedy to wskaźnik CPI wyszedł poza górne ograniczenie celu i wyniósł 3,6 proc. r/r. Mimo to część członków RPP wciąż nie widzi potrzeby przyspieszenia cyklu podwyżek. Należy zatem postawić w pewną wątpliwość tezę, iż decyzje Rady Polityki Pieniężnej będą stanowić wsparcie dla złotego w 2008 r. Mogą po prostu okazać się niewystarczające w obliczu nadciągającej globalnej recesji.
Czarne chmury nad gospodarkami
Pewną naiwnością byłoby twierdzenie, że nie odczujemy skutków możliwego globalnego kryzysu gospodarczego, prawdopodobieństwo wystąpienia którego systematycznie wzrasta od kilku miesięcy. Straty czołowych instytucji finansowych – i to już nie tylko w Stanach Zjednoczonych – poniesione na rynku ryzykownych pożyczek hipotecznych, doprowadziły do spadku wzajemnego zaufania i coraz większych trudności w pozyskaniu finansowania na rynku międzynarodowym. W efekcie wskaźniki w największych światowych gospodarkach poszły w dół, a ogólne pogorszenie się nastrojów odczuli także konsumenci.
Dodatkowo za sprawą globalnych szoków podażowych (wzrostu cen energii i żywności) odżył problem inflacji, co ograniczyło pole do działania ze strony banków centralnych. Lek w postaci obniżek stóp procentowych nie mógł zatem w pełni zadziałać. Wyraźnie jastrzębią retorykę utrzymał Europejski Bank Centralny, a amerykański Fed poza jednym cięciem o 50 p.b. we wrześniu, nie zdecydował się w kolejnych miesiącach na ruch większy od 25 p.b. W zamian za to spróbowano innej kuracji – w połowie grudnia Fed razem z czterema największymi bankami centralnymi świata, zdecydował się na przeprowadzenie operacji mającej na celu poprawę płynności na rynku międzybankowym m.in. poprzez otworzenie gigantycznych linii kredytowych dla instytucji posiadających największe problemy.
Można jednak wątpić w pełne jej powodzenie, zwłaszcza że jej skala będzie też w pewnym sensie ograniczona (chociaż już idzie w setki miliardów dolarów). Zbyt dużo taniego pieniądza na rynku może mieć przecież negatywny wpływ na stabilność cen w długim terminie. Tym samym, jeżeli dojdzie do dalszego spowolnienia tempa wzrostu światowej gospodarki, to pozycja banków centralnych może się jeszcze pogorszyć. A nietrudno sobie wyobrazić, jak zachowają się globalni inwestorzy w sytuacji kryzysu zaufania do tych instytucji. Znacznie wzrośnie niechęć do ryzyka, co przede wszystkim odbije się na pozycji walut rynków wschodzących, do których należy także złoty.
Nie można, zatem wykluczyć, iż polska waluta w coraz większym stopniu będzie narażona na wahania, będące pochodną globalnych wydarzeń. Nie oznacza to jednak, że skłonność do podejmowania ryzyka szybko minie, gdyż realnego spowolnienia tempa wzrostu krajowego PKB będzie można spodziewać się dopiero w 2009 r. To wynik sporej korelacji ze strefą euro, która z pewnym opóźnieniem reaguje na cykle gospodarcze mające swój początek w Stanach Zjednoczonych.
Więcej w Raporcie Specjalnym „Horyzonty Finansów 2008”, dodatku do styczniowego numeru Miesięcznika Finansowego „BANK
Marek Rogalski




























































