Sytuacja gospodarcza panująca w Stanach Zjednoczonych jest podręcznikowym wręcz przykładem tego, jak państwo może popsuć gospodarkę. Zresztą takie stwierdzenie to banał. Biznes gospodarki popsuć nie może. Jeszcze nigdy w dziejach ludzkości nie zdarzyło się tak, żeby biznes chciał hamować rozwój, ograniczać produkcję, rezygnować z okazji i zarobku. Tymi czynnościami zajmuje się państwo.
Nie będę owijać w bawełnę, bo między dorosłymi ludźmi nawet nie wypada, gros obecnych trudności: rekordowy deficyt budżetowy, inflacja, wzrost tendencji regulacyjnych i gwałtowny spadek wartości dolara zostały spowodowane wyłącznie prowojenną polityką administracji prezydenta Georga W. Busha i jego administracji. Napaść na Irak nie była żadnym aktem sprawiedliwości dziejowej, obroną przed zagrożeniami spowodowanymi bronią masowej zagłady, lecz wyłącznie żądzą opanowania bogatych złóż ropy irackiej, a w mniejszym stopniu także chęcią spacyfikowania Saddama Husajna, który swoją bezkompromisowością zagrażał Izraelowi, sojusznikowi USA. Wprawdzie wojna ta była jednym ze skutków wydarzeń z 11 września 2001, to jednak wydarzenia te były również konsekwencją „dziwnej” polityki USA wobec Bliskiego Wschodu - faworyzowania jednych państw (Izrael, Egipt, Arabia Saudyjska, Kuwejt) kosztem drugich (Syria, Irak, Iran) plus polityką wobec Palestyńczyków.
Bush dobrze wie, że w rozgrywce o Biały Dom w listopadzie 2004, obok problemów bezpieczeństwa narodowego, liczyć się będzie gospodarka. Co prawda, odziedziczył on recesję, krach na giełdzie, wzrost bezrobocia po Clintonie, i to jest fakt, zrobił jednak bardzo niewiele, aby gospodarkę poprawić. Prócz wywołania wojny, kontynuował fatalną w skutkach politykę monetarną (napędzanie popytu konsumpcyjnego poprzez niskie stopy procentowe) Billa Clintona, a ściślej Alana Greenspana (prezesa banku centralnego), rozrost administracji, a także – w imię porządku i sprawiedliwości dziejowej - wprowadzał kolejne ograniczenia na biznes i ludzi w tym m.in. prawa antymonopolowe, ustawy ograniczające swobody obywatelskie (zakładanie podsłuchów, kontrola obiegu pieniędzy, rewizje etc.) itp. Bez cienia przesady można stwierdzić, że w dziejach Stanów Zjednoczonych niewielu było prezydentów, którzy tak głęboko i tak brutalnie ograniczaliby swobody, jak właśnie George W. Bush. Prezydent Bill Clinton, którego na początku kadencji określano jako socjaldemokratę był w porównaniu z Bushem synem prezydentem konserwatywnym.
Dlaczego Bush, który uchodził za prawego Republikanina, który miał ambicję porównywać się do Ronalda Reagana, który w czasie kampanii krytykował Clintona za odchodzenie od pryncypiów konstytucji wykonał nagle woltę i stał się populistą kokietującym naród swoją troską o ubogich i niechęcią do bogatych? Po pierwsze, nie umie inaczej. Po drugie, otoczył się ludźmi, którzy go do takiej polityki zachęcali. Po trzecie, Bush uważa, że jest to cena płacona za wojnę, którą 43. prezydent uważa za lekarstwo na bolączki gospodarcze.
Mniej więcej 80 lat temu, niejaki John Maynard Keynes wpadł na pomysł stymulowania gospodarki przez działania państwa. Zamiast chciwości ludzkiej i pragnienia poprawy swego bytu, do uszczęśliwiania ludzi zabrało się państwo. Szczególnym przypadkiem takiej stymulacji miała być wojna. Przekonanie to – nie mające z rozsądkiem wiele wspólnego – stało się tak zakorzenione, że nawet w Polsce, która dotknięta została tragedią wojny jak żaden inny naród, tkwi wciąż głęboko.
Wojna oznacza wzrost gospodarczy! Wojna to postęp! Takie brednie powtarzają media, politycy, tak myśli George W. Bush i wielu innych prezydentów. A przecież dziecko wie, że gdyby wojna była dobrodziejstwem i panaceum na trudności gospodarcze, wystarczyłoby co jakiś czas samemu się bombardować i odbudowywać.
Wojna jest wyłącznie tragedią, tak w sferze ludzkiej, jak i gospodarczej. Towarzyszący jej rozwój dotyczy wyłącznie sektora militarnego, który kwitnie kosztem reszty gospodarki. Strata netto jest tu ewidentna i nieunikniona. Dowiadujemy się o niej dopiero wtedy, gdy polityk, który w wojence szuka dobrobytu narodu jest już na emeryturze. Zanim to nastąpi, naród, zamiast dobrobytu, ma recesję. W przypadku Stanów Zjednoczonych trzecią w ciągu 4 lat.
Jan M. Fijor
www.fijor.com



























































