W 1998 r., wprowadzając reformę emerytalną zdecydowano, że właściciel najmniejszej choćby firmy nie płaci składek na ZUS w zależności od swoich dochodów, ale od pensji... sąsiada. Podstawą do ich obliczania jest 60 proc. przeciętnej płacy w Polsce z poprzedniego kwartału.
Minimalna składka przedsiębiorcy w styczniu 1999 r., kiedy wprowadzono reformę emerytalną, wyniosła 292,55 zł na ubezpieczenie społeczne oraz 56,20 zł na ubezpieczenie zdrowotne. W maju 2008 r. - po wielokrotnych statystycznych podwyżkach przeciętnego wynagrodzenia, składka ta wynosi 770,19 zł na ubezpieczenie społeczne i 209,59 zł na ubezpieczenie zdrowotne. I to niezależnie od dochodu.
- Staramy się zmienić zasady opłacania składek ZUS. Ich wysokość byłaby ustalana na cały rok na podstawie przeciętnego wynagrodzenia z poprzedniego roku, a nie zmieniającego się z kwartału na kwartał - mówi Mirosław Sekuła, śląski poseł PO. - Zmiana ta znalazłaby się w pakiecie spraw dotyczących styku obywatela z urzędami.
Nadal wiele absurdów prawnych i przepisów - bubli jest na styku ZUS-obywatel. To także obowiązek opłacania składki zdrowotnej od każdej formy działalności. Jeśli ma pecha być przedsiębiorczym, zapłaci kilkakrotnie: z tytułu bycia pracownikiem, od samodzielnej działalności, udziału w spółce cywilnej, spółce jawnej, itp. Za to spóźnienie o 1 dzień wpłaty za ubezpieczenie chorobowe pozbawia prowadzącego działalność gospodarczą prawa do zasiłku chorobowego na pół roku, choć spóźnienie powinno być ukarane odsetkami. Przedsiębiorcy nie mają też prawa do urlopu wychowawczego i zasiłku opiekuńczego, nie mogą ubiegać się o wcześniejszą emeryturę. Tym sprawom przygląda się już Rzecznik Praw Obywatelskich.
POLSKA Dziennik Zachodni
Beata Sypuła




























































