2009-03-22 14:00 Źródło: Rynek Zdrowia
Z Warszawy tego nie widzą
Pod względem dochodów na gospodarstwo domowe woj. lubelskie zajmuje 16. miejsce w kraju, a publiczne wydatki na ochronę zdrowia są tu wyjątkowo niskie
Konferencja Rynku Zdrowia przebiegająca pod hasłem "System opieki zdrowotnej. Ogólnopolskie problemy - regionalna perspektywa" zgromadziła 18 lutego w lubelskim hotelu Victoria ponad 200 uczestników. Tym razem akcent padł wyraźniej niż kiedykolwiek na "regionalną perspektywę". Wątki związane z trudniejszą niż w innych regionach sytuacją finansową lubelskiej ochrony zdrowia przewijały się niemal w każdej wypowiedzi.
Menedżerowie zarządzający szpitalami na Lubelszczyźnie wielokrotnie podkreślali, że nieustannie walczą o zniesienie obowiązującego algorytmu podziału środków, który powoduje, że do lubelskich lecznic trafia znacznie mniej pieniędzy niż do placówek w innych częściach Polski.
Rozgoryczenie
Pod względem dochodów na gospodarstwo domowe województwo lubelskie znajduje się na 16. miejscu w kraju, jest zatem nie tylko najbiedniejsze w Polsce, ale także, jak oceniają niektórzy, w całej UE. Tymczasem algorytm od dwóch lat jest związany właśnie z dochodami na rodzinę. Na ochronę zdrowia przypada w tym regionie miesięcznie na jednego mieszkańca nie więcej niż 114 zł. Na dodatek koszty leczenia rosną. Wielu młodych ludzi wyjechało w poszukiwaniu pracy, populacja się starzeje.
- Kiedy podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia przypomniałem, że mieszkańcy Zamościa i Warszawy mają takie same potrzeby zdrowotne, usłyszałem, że Zamość to nie Warszawa - wspomina Krzysztof Tuczapski, prezes spółki Zamojski Szpital Niepubliczny. - W stolicy trzeba leczyć na odpowiednim poziomie.
Rozgoryczenie spowodowane ciągłym niedofinansowaniem pogłębiają jeszcze informacje z innych województw. Na przykład ta, że w Mazowieckim Oddziale Wojewódzkim NFZ zostało 600 mln zł, nie wydanych w 2008 r.
- Inni otrzymują tyle, że nie są w stanie tego skonsumować, my stale naciągamy krótką kołdrę - podsumowują dyrektorzy. Plan B przedstawiony oficjalnie w przeddzień konferencji (17 lutego) do dwumiesięcznych konsultacji nie wzbudził wielkiego entuzjazmu uczestników spotkania. Prezes Tuczapski zwrócił wprawdzie uwagę na to, że 2,7 mld zł to spora pula środków, biorąc pod uwagę, iż zdaniem resortu zdrowia, do przekształceń przystąpi w tym roku około 100 szpitali. Przeważały jednak opinie krytyczne.
- Kwota 2,7 mld zł nie wystarczy - uważa Dariusz Hankiewicz, dyrektor SPZOZ-u w Radzyniu Podlaskim. - Mamy przecież w kraju około 800 szpitali, przy czym przekształciło się zaledwie 71. Poza tym tylko ograniczona część środków z planu B może być zrefundowana. Resort mówi o pomocy w spłaceniu zobowiązań publicznoprawnych, podczas gdy prawdziwym problemem są zobowiązania cywilnoprawne. Tutaj cały ciężar znów spadnie na samorządy.
Zastrzeżeń wobec planu B nie ukrywa także Zbigniew Widomski, dyrektor SPZOZ w Janowie Lubelskim. - Jeśli zobowiązania publicznoprawne wynoszą ogółem nie więcej, jak 362 mln zł, co stanie się z pozostałymi środkami z 2,7 mld zł? - pyta dyrektor. - Wiem tyle, że mój szpital nic na tym nie skorzysta.
Sądzę, że plan B jest niczym innym, jak tylko próbą likwidacji części lecznic. Spółkę można szybciej doprowadzić do upadłości niż SPZOZ i może właśnie o to chodzi.
Z krytyką dyrektorów spotkał się również punkt planu B mówiący o możliwości zwrotu w ramach programu części długu, której umorzenie szpital wynegocjuje z wierzycielami. Menedżerowie nie mają wielkich złudzeń. Nie ma ich też Andrzej Jaworski, dyrektor departamentu sprzedaży firmy Electus SA. - Negocjacje, o których mowa, będą trudne - ocenia. - Nikt nie chce rezygnować ze swoich środków.
Przekształcenia
Pytanie jest trudne i wciąż aktualne. Zadaje je sobie m.in. Jacek Solarz, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego im. Jana Bożego w Lublinie. - Jeśli nie spółka, to co? - zastanawia się dyrektor Solarz. - Oddłużenia miały miejsce już czterokrotnie. Kontrakty są niedoszacowane.
Brakuje koszyka świadczeń: pacjenci nie wiedzą, co im się należy, a co nie. Pozostanie w formule SPZOZ-u oznacza tylko dalsze zadłużenie. Dlatego przygotowujemy się do przekształcenia i szkolimy personel w zakresie wiedzy o spółce. Co nie znaczy, że nie mamy wątpliwości. Czy spółka będzie np. kontynuatorem starań SPZOZ-u o środki unijne na dostosowanie, czy też będzie musiała ustawić się w kolejce od nowa? W jakim kierunku pójdą inne szpitale w regionie lubelskim? Na razie są to pytania bez odpowiedzi.
Zdaniem Dariusza Hankiewicza, formuła spółki jest tak samo dobra jak każda inna, pod warunkiem, że szpital ma partnera dysponującego środkami. Zbigniew Widomski uważa, że od zmiany nazwy placówkom niczego nie przybędzie. Piotr Dreher, dyrektor Wojewódzkiego Centrum Zdrowia Publicznego w Lublinie i przewodniczący lubelskiej Rady Miasta, podkreśla natomiast, że podejmując decyzję o przekształceniach, samorządy muszą zwracać uwagę nie tylko na aspekt ekonomiczny, ale w równym stopniu na aspekt społeczny ochrony zdrowia.
Wskazuje też na inne problemy: 71 istniejących obecnie samorządowych szpitali niepublicznych działa otoczonych wianuszkiem SPZOZ-ów. Trudno przewidzieć, jakie będą miały wyniki, pracując w otoczeniu innych spółek. Być może na rynku powinny pozostać placówki w obu formułach prawnych? Dystansu do przekształceń nie ukrywają też przedstawiciele medycznego środowiska akademickiego. - Resort finansów ocenia, że szpitale kliniczne nie mogą się przekształcać, resort nauki i szkolnictwa wyższego informuje, że mogą - mówi Andrzej Drop, prorektor ds. klinicznych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. - Jeśli mogą, to pozostaje pytanie o finansowanie dydaktyki i prac badawczych. Oba te zakresy nie pomogą w utrzymaniu spółki na plusie. Chyba że znacząco wzrosną przeznaczone na nie dotacje.
- Nie jestem przeciwnikiem spółek, pod warunkiem jednak, że zostaną pokryte koszty związane z dydaktyką - podkreśla Marian Przylepa, dyrektor Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie. - Poza tym mamy na razie inne, ważniejsze problemy do rozstrzygnięcia, głównie dotyczące finansowania w 2009 r.
O tym, że w tym roku łatwo nie będzie, wiedzą już wszyscy. 51 zł za punkt rozliczeniowy przy realnej - zdaniem wielu menedżerów - tj. pokrywającej koszty cenie punktu w wysokości co najmniej 56 zł, zniweczy wysiłek szpitali, którym udało się nie dopuścić do zadłużenia lub z niego wyjść. SPSK nr 4 w Lublinie nie ma na razie zobowiązań i znajduje się w gronie 11 spośród 44 szpitali klinicznych działających bez długów. Pozostałe 33 placówki są w sumie zadłużone na 1,4 mld zł, a 6 z nich winne jest wierzycielom aż 600 mln zł. Mimo dobrej sytuacji lecznicy, dyrektor Przylepa nie ukrywa, że rok 2009 rozpoczął się fatalnie.
- Przy takim niedoszacowaniu będę miał w grudniu prawdopodobnie 17 mln zł deficytu - liczy Marian Przylepa. - Być może odzyskam 8 mln z tej kwoty, ale i tak 9 mln zł zostanie pod kreską. Teoretycznie mogę nakazać ordynatorom, żeby wygospodarowali 10% oszczędności.
Praktycznie nie da się tego zrobić bez obniżenia standardów leczenia. Po prostu nie ma już z czego ciąć. Optymistą nie jest także Jerzy Szarecki, dyrektor Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Pogłębiający się od wdrożenia JGP dramat wysokospecjalistycznej pediatrii trwa, a obecna cena punktu przedstawia przyszłość w jeszcze czarniejszych barwach.
- Może skończyć się tak, że lubelska pediatria po prostu przestanie istnieć - ostrzega dyrektor Szarecki. - Jej obecne finansowanie jest nie do utrzymania. Jeśli tak dalej pójdzie, dzieci trzeba będzie leczyć poza województwem. - Jeżeli cena 51 zł za punkt utrzyma się także w drugim półroczu, można się spodziewać zagrożenia dostępności usług medycznych oraz spadku jakości leczenia - przewiduje Marek Wójtowicz, dyrektor ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie. - Pamiętajmy też, że od lipca 2009 r. wchodzą JGP w opiece ambulatoryjnej.
To kolejna niewiadoma. Piotr Krawiec, dyrektor SPZOZ-u w Kraśniku, szacuje, że w tym roku szpitalowi zabraknie 15% środków na pokrycie kosztów. Na nadwykonania nie ma co liczyć. Fundusz narzucił w kontrakcie taką liczbę świadczeń, że lecznica może mieć problem z ich przerobieniem.
Pozostaje cięcie kosztów, co sprowadza się do mniejszych wydatków na leki i - niestety - redukcji zatrudnienia. - To cud, że przy takim poziomie finansowania ochrona zdrowia w ogóle działa, i to wcale nie na najgorszym poziomie - uważa Rafał Radwański, dyrektor SPZOZ-u w Lubartowie. - Najlepiej świadczy to o kadrze zarządzającej i o załogach szpitali.
Dostęp do terapii
Elżbieta Starosławska, dyrektor Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, konsultant wojewódzki w dziedzinie onkologii klinicznej, podkreśla, że w przypadku COZL współpraca z Funduszem jest bardzo dobra. Nie zdarzyło się jeszcze, aby płatnik odmówił uzasadnionej chemioterapii niestandardowej.
- Od 2004 do 2008 r. odnotowaliśmy ogólny wzrost finansowania o 416% - mówi dyrektor Starosławska. - W przypadku leczenia raka piersi herceptyną jest to aż 528% więcej, w leczeniu chłoniaków mabtherą aż 785% więcej, a w leczeniu GIST 382% więcej. Województwo lubelskie wygląda pod tym względem zupełnie nieźle, w porównaniu z innymi regionami. W wielu zakresach plasujemy się na 2-3 miejscu, tuż za Mazowszem. W 2007 r. z terapii herceptyną mogło np. skorzystać 79 kobiet, ale w 2008 r. już 160. Biorąc pod uwagę, że koszt leczenia jednej pacjentki to 140 tys. zł, to naprawdę ogromne pieniądze.
Prof. Anna Dmoszyńska, kierownik Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku OSK w Lublinie, konsultant wojewódzki w dziedzinie hematologii, jest dla odmiany bardzo niezadowolona z kontraktu na 2009 r. Jej zdaniem, ośrodki referencyjne to czysta teoria, za którą nie idzie ani wyższa cena punktu, ani większe programy lekowe.
- W ubiegłym roku leczyliśmy na przewlekłą białaczkę szpikową 56 osób lekiem glivec, w tym roku NFZ ograniczył liczbę chorych do 47 - komentuje prof. Dmoszyńska. - Kogo z tej grupy mam skreślić? Ograniczenia w dostępności najnowszych leków widoczne są także w leczeniu chłoniaków oraz szpiczaka.
W tym drugim przypadku płatnik zapewnia terapię dla kilku osób, podczas gdy jest potrzebna dla kilkunastu. I znów to samo: kogo wybrać, a kogo skreślić? Anna Dmoszyńska zwraca też uwagę na to, iż Fundusz, który za 2007 r. zapłacił 100% nadwykonań za chemioterapię, za rok 2008 zwrócił tylko 30%.
Klinika zaczyna się zadłużać. Ma także problem z pacjentami wymagającymi opieki paliatywnej, których w Lublinie nie ma gdzie umieścić. Pozostają zatem w klinice, gdzie doba hotelowa kosztuje ponad 300 zł. Z dostępności programów terapeutycznych, bardzo rygorystycznych w kwalifikacji do nowoczesnych, drogich terapii, nie jest również zadowolona Maria Majdan, kierownik Kliniki Reumatologii i Układowych Chorób Tkanki Łącznej SPSK nr 4 w Lublinie, konsultant wojewódzki w dziedzinie reumatologii.
- W programach terapeutycznych leczonych jest około 170 osób, mimo że powinno ich być ponad 600 - liczy Maria Majdan. - Na 2009 r. NFZ nie zwiększył dostępu do drogich terapii, co oznacza, że nowi pacjenci nie mają szans. Problemem jest także diagnostyka.
Wielu chorych nie może się przebić poza POZ i pozostaje w zasadzie bez pomocy. Dlatego potrzebujemy w regionie 10 ośrodków nowoczesnej diagnostyki, które kierowałyby pacjentów bezpośrednio do 2-3 klinik referencyjnych.
Niepokoju o dostęp pacjentów do chemioterapii nie ukrywa też Andrzej Mielcarek, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego im. Papieża Jana Pawła II w Zamościu. Placówka od 10 lat prowadzi chemioterapię, która - ze względu na rosnącą liczbę chorych - stała się jedną z przyczyn zadłużenia. Fundusz nie płaci nadwykonań lub płaci po wielu miesiącach. Ostatnio wystosował do lecznicy pismo z przypomnieniem, iż pożądane jest przestrzeganie limitów w tym zakresie.
- O ile dobrze rozumiem, mamy nie leczyć "nadlimitowych" pacjentów onkologicznych, zgłaszających się na chemioterapię - zastanawia się dyrektor Mielcarek. - Mam nadzieję, że to tylko kawałek papieru, że nikt w Funduszu nie bierze tego poważnie - mówi Piotr Krawiec, który także otrzymał list od płatnika.
Jaki szpital, taki sprzęt
Czy szpitale kupujące nowy sprzęt dostosowują zakupy do realnych potrzeb, czy też wydają pieniądze, kierując się chęcią podniesienia prestiżu i własnymi ambicjami? Andrzej Mielcarek uważa, że w spółce możliwa jest wyłącznie wersja pierwsza: - Jeśli mammograf cyfrowy kosztuje 1,2-1,5 mln zł, a spółka uzyska dzięki niemu roczny przychód w wysokości 150 tys. zł, jasne jest, że będzie wolała wydzierżawić pomieszczenie prywatnej firmie - analizuje. - Tak samo będzie z tomografem. W SPZOZ-u firmy docierają do lekarzy, którzy następnie naciskają na dyrektorów w sprawie zakupu. I tu potrzebna jest rozwaga.
Zdaniem Wojciecha Wąsika, zastępcy dyrektora ds. administracyjnotechnicznych Wojewódzkiego Szpitala w Tarnobrzegu, w każdym regionie potrzebny jest koordynator, który mógłby zahamować kupowanie zbędnego sprzętu. Dobrze sprawdza się także powoływanie w lecznicy szerokich komisji do spraw zakupów, ponieważ każdy z jej członków: lekarz, pielęgniarka, salowa - może pomóc w podjęciu decyzji w oparciu o własne doświadczenia i potrzeby.
Warto także zwracać uwagę na cenę i czasochłonność serwisowania i zasięgając informacji, kontaktować się z jak największą liczbą firm.
- Czasem dyrektorzy proszą nas o pomoc w ocenie opłacalności inwestycji, ale często, choć sami wychodzimy z taką propozycją, nie są zainteresowani - podkreśla Wojciech Gruchoła, kierownik regionu spółki Siemens, sektor Healthcare. - Niestety, to prawda, że szpitale kupują sprzęt, który na pewno nie będzie wykorzystany. Bo jaką rację bytu ma 16-rzędowy tomograf w lecznicy powiatowej? Nie ukrywamy cen: pełen pakiet serwisowy takiego urządzenia to 0,5 mln zł, a lampa zużyje się pomiędzy 12. a 24. miesiącem użytkowania. Wielu menedżerów w ogóle nie reaguje na te informacje. Osobnym problemem są standardy Funduszu dotyczące sprzętu.
- Gdybyśmy chcieli ich w pełni przestrzegać, trzeba by zamknąć szpitale - uważa dyrektor Mielcarek. - To kompletna abstrakcja, na którą stać tylko najbogatszych, ale nie lubelskie lecznice. Wymagania NFZ są po prostu efektem lobbingu firm, które chcą jak najwięcej sprzedać. Tyle tylko, że jeśli ich nie spełnimy, Fundusz może odmówić zapłaty za świadczenia. - Czasem ordynatorzy dziwią się, co też dyrektor kupił im na oddział i zapewniają, że do niczego nie jest im to potrzebne - mówi Wojciech Wąsik. - Mogę tylko odpowiedzieć: musiałem kupić, bo co będzie, jak NFZ przyjdzie na kontrolę.
Iwona Bączek
Konferencja Rynku Zdrowia przebiegająca pod hasłem "System opieki zdrowotnej. Ogólnopolskie problemy - regionalna perspektywa" zgromadziła 18 lutego w lubelskim hotelu Victoria ponad 200 uczestników. Tym razem akcent padł wyraźniej niż kiedykolwiek na "regionalną perspektywę". Wątki związane z trudniejszą niż w innych regionach sytuacją finansową lubelskiej ochrony zdrowia przewijały się niemal w każdej wypowiedzi.
Menedżerowie zarządzający szpitalami na Lubelszczyźnie wielokrotnie podkreślali, że nieustannie walczą o zniesienie obowiązującego algorytmu podziału środków, który powoduje, że do lubelskich lecznic trafia znacznie mniej pieniędzy niż do placówek w innych częściach Polski.
Rozgoryczenie
Pod względem dochodów na gospodarstwo domowe województwo lubelskie znajduje się na 16. miejscu w kraju, jest zatem nie tylko najbiedniejsze w Polsce, ale także, jak oceniają niektórzy, w całej UE. Tymczasem algorytm od dwóch lat jest związany właśnie z dochodami na rodzinę. Na ochronę zdrowia przypada w tym regionie miesięcznie na jednego mieszkańca nie więcej niż 114 zł. Na dodatek koszty leczenia rosną. Wielu młodych ludzi wyjechało w poszukiwaniu pracy, populacja się starzeje.
- Kiedy podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia przypomniałem, że mieszkańcy Zamościa i Warszawy mają takie same potrzeby zdrowotne, usłyszałem, że Zamość to nie Warszawa - wspomina Krzysztof Tuczapski, prezes spółki Zamojski Szpital Niepubliczny. - W stolicy trzeba leczyć na odpowiednim poziomie.
Rozgoryczenie spowodowane ciągłym niedofinansowaniem pogłębiają jeszcze informacje z innych województw. Na przykład ta, że w Mazowieckim Oddziale Wojewódzkim NFZ zostało 600 mln zł, nie wydanych w 2008 r.
- Inni otrzymują tyle, że nie są w stanie tego skonsumować, my stale naciągamy krótką kołdrę - podsumowują dyrektorzy. Plan B przedstawiony oficjalnie w przeddzień konferencji (17 lutego) do dwumiesięcznych konsultacji nie wzbudził wielkiego entuzjazmu uczestników spotkania. Prezes Tuczapski zwrócił wprawdzie uwagę na to, że 2,7 mld zł to spora pula środków, biorąc pod uwagę, iż zdaniem resortu zdrowia, do przekształceń przystąpi w tym roku około 100 szpitali. Przeważały jednak opinie krytyczne.
- Kwota 2,7 mld zł nie wystarczy - uważa Dariusz Hankiewicz, dyrektor SPZOZ-u w Radzyniu Podlaskim. - Mamy przecież w kraju około 800 szpitali, przy czym przekształciło się zaledwie 71. Poza tym tylko ograniczona część środków z planu B może być zrefundowana. Resort mówi o pomocy w spłaceniu zobowiązań publicznoprawnych, podczas gdy prawdziwym problemem są zobowiązania cywilnoprawne. Tutaj cały ciężar znów spadnie na samorządy.
Zastrzeżeń wobec planu B nie ukrywa także Zbigniew Widomski, dyrektor SPZOZ w Janowie Lubelskim. - Jeśli zobowiązania publicznoprawne wynoszą ogółem nie więcej, jak 362 mln zł, co stanie się z pozostałymi środkami z 2,7 mld zł? - pyta dyrektor. - Wiem tyle, że mój szpital nic na tym nie skorzysta.
Sądzę, że plan B jest niczym innym, jak tylko próbą likwidacji części lecznic. Spółkę można szybciej doprowadzić do upadłości niż SPZOZ i może właśnie o to chodzi.
Z krytyką dyrektorów spotkał się również punkt planu B mówiący o możliwości zwrotu w ramach programu części długu, której umorzenie szpital wynegocjuje z wierzycielami. Menedżerowie nie mają wielkich złudzeń. Nie ma ich też Andrzej Jaworski, dyrektor departamentu sprzedaży firmy Electus SA. - Negocjacje, o których mowa, będą trudne - ocenia. - Nikt nie chce rezygnować ze swoich środków.
Przekształcenia
Pytanie jest trudne i wciąż aktualne. Zadaje je sobie m.in. Jacek Solarz, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego im. Jana Bożego w Lublinie. - Jeśli nie spółka, to co? - zastanawia się dyrektor Solarz. - Oddłużenia miały miejsce już czterokrotnie. Kontrakty są niedoszacowane.
Brakuje koszyka świadczeń: pacjenci nie wiedzą, co im się należy, a co nie. Pozostanie w formule SPZOZ-u oznacza tylko dalsze zadłużenie. Dlatego przygotowujemy się do przekształcenia i szkolimy personel w zakresie wiedzy o spółce. Co nie znaczy, że nie mamy wątpliwości. Czy spółka będzie np. kontynuatorem starań SPZOZ-u o środki unijne na dostosowanie, czy też będzie musiała ustawić się w kolejce od nowa? W jakim kierunku pójdą inne szpitale w regionie lubelskim? Na razie są to pytania bez odpowiedzi.
Zdaniem Dariusza Hankiewicza, formuła spółki jest tak samo dobra jak każda inna, pod warunkiem, że szpital ma partnera dysponującego środkami. Zbigniew Widomski uważa, że od zmiany nazwy placówkom niczego nie przybędzie. Piotr Dreher, dyrektor Wojewódzkiego Centrum Zdrowia Publicznego w Lublinie i przewodniczący lubelskiej Rady Miasta, podkreśla natomiast, że podejmując decyzję o przekształceniach, samorządy muszą zwracać uwagę nie tylko na aspekt ekonomiczny, ale w równym stopniu na aspekt społeczny ochrony zdrowia.
Wskazuje też na inne problemy: 71 istniejących obecnie samorządowych szpitali niepublicznych działa otoczonych wianuszkiem SPZOZ-ów. Trudno przewidzieć, jakie będą miały wyniki, pracując w otoczeniu innych spółek. Być może na rynku powinny pozostać placówki w obu formułach prawnych? Dystansu do przekształceń nie ukrywają też przedstawiciele medycznego środowiska akademickiego. - Resort finansów ocenia, że szpitale kliniczne nie mogą się przekształcać, resort nauki i szkolnictwa wyższego informuje, że mogą - mówi Andrzej Drop, prorektor ds. klinicznych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. - Jeśli mogą, to pozostaje pytanie o finansowanie dydaktyki i prac badawczych. Oba te zakresy nie pomogą w utrzymaniu spółki na plusie. Chyba że znacząco wzrosną przeznaczone na nie dotacje.
- Nie jestem przeciwnikiem spółek, pod warunkiem jednak, że zostaną pokryte koszty związane z dydaktyką - podkreśla Marian Przylepa, dyrektor Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie. - Poza tym mamy na razie inne, ważniejsze problemy do rozstrzygnięcia, głównie dotyczące finansowania w 2009 r.
O tym, że w tym roku łatwo nie będzie, wiedzą już wszyscy. 51 zł za punkt rozliczeniowy przy realnej - zdaniem wielu menedżerów - tj. pokrywającej koszty cenie punktu w wysokości co najmniej 56 zł, zniweczy wysiłek szpitali, którym udało się nie dopuścić do zadłużenia lub z niego wyjść. SPSK nr 4 w Lublinie nie ma na razie zobowiązań i znajduje się w gronie 11 spośród 44 szpitali klinicznych działających bez długów. Pozostałe 33 placówki są w sumie zadłużone na 1,4 mld zł, a 6 z nich winne jest wierzycielom aż 600 mln zł. Mimo dobrej sytuacji lecznicy, dyrektor Przylepa nie ukrywa, że rok 2009 rozpoczął się fatalnie.
- Przy takim niedoszacowaniu będę miał w grudniu prawdopodobnie 17 mln zł deficytu - liczy Marian Przylepa. - Być może odzyskam 8 mln z tej kwoty, ale i tak 9 mln zł zostanie pod kreską. Teoretycznie mogę nakazać ordynatorom, żeby wygospodarowali 10% oszczędności.
Praktycznie nie da się tego zrobić bez obniżenia standardów leczenia. Po prostu nie ma już z czego ciąć. Optymistą nie jest także Jerzy Szarecki, dyrektor Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Pogłębiający się od wdrożenia JGP dramat wysokospecjalistycznej pediatrii trwa, a obecna cena punktu przedstawia przyszłość w jeszcze czarniejszych barwach.
- Może skończyć się tak, że lubelska pediatria po prostu przestanie istnieć - ostrzega dyrektor Szarecki. - Jej obecne finansowanie jest nie do utrzymania. Jeśli tak dalej pójdzie, dzieci trzeba będzie leczyć poza województwem. - Jeżeli cena 51 zł za punkt utrzyma się także w drugim półroczu, można się spodziewać zagrożenia dostępności usług medycznych oraz spadku jakości leczenia - przewiduje Marek Wójtowicz, dyrektor ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie. - Pamiętajmy też, że od lipca 2009 r. wchodzą JGP w opiece ambulatoryjnej.
To kolejna niewiadoma. Piotr Krawiec, dyrektor SPZOZ-u w Kraśniku, szacuje, że w tym roku szpitalowi zabraknie 15% środków na pokrycie kosztów. Na nadwykonania nie ma co liczyć. Fundusz narzucił w kontrakcie taką liczbę świadczeń, że lecznica może mieć problem z ich przerobieniem.
Pozostaje cięcie kosztów, co sprowadza się do mniejszych wydatków na leki i - niestety - redukcji zatrudnienia. - To cud, że przy takim poziomie finansowania ochrona zdrowia w ogóle działa, i to wcale nie na najgorszym poziomie - uważa Rafał Radwański, dyrektor SPZOZ-u w Lubartowie. - Najlepiej świadczy to o kadrze zarządzającej i o załogach szpitali.
Dostęp do terapii
Elżbieta Starosławska, dyrektor Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, konsultant wojewódzki w dziedzinie onkologii klinicznej, podkreśla, że w przypadku COZL współpraca z Funduszem jest bardzo dobra. Nie zdarzyło się jeszcze, aby płatnik odmówił uzasadnionej chemioterapii niestandardowej.
- Od 2004 do 2008 r. odnotowaliśmy ogólny wzrost finansowania o 416% - mówi dyrektor Starosławska. - W przypadku leczenia raka piersi herceptyną jest to aż 528% więcej, w leczeniu chłoniaków mabtherą aż 785% więcej, a w leczeniu GIST 382% więcej. Województwo lubelskie wygląda pod tym względem zupełnie nieźle, w porównaniu z innymi regionami. W wielu zakresach plasujemy się na 2-3 miejscu, tuż za Mazowszem. W 2007 r. z terapii herceptyną mogło np. skorzystać 79 kobiet, ale w 2008 r. już 160. Biorąc pod uwagę, że koszt leczenia jednej pacjentki to 140 tys. zł, to naprawdę ogromne pieniądze.
Prof. Anna Dmoszyńska, kierownik Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku OSK w Lublinie, konsultant wojewódzki w dziedzinie hematologii, jest dla odmiany bardzo niezadowolona z kontraktu na 2009 r. Jej zdaniem, ośrodki referencyjne to czysta teoria, za którą nie idzie ani wyższa cena punktu, ani większe programy lekowe.
- W ubiegłym roku leczyliśmy na przewlekłą białaczkę szpikową 56 osób lekiem glivec, w tym roku NFZ ograniczył liczbę chorych do 47 - komentuje prof. Dmoszyńska. - Kogo z tej grupy mam skreślić? Ograniczenia w dostępności najnowszych leków widoczne są także w leczeniu chłoniaków oraz szpiczaka.
W tym drugim przypadku płatnik zapewnia terapię dla kilku osób, podczas gdy jest potrzebna dla kilkunastu. I znów to samo: kogo wybrać, a kogo skreślić? Anna Dmoszyńska zwraca też uwagę na to, iż Fundusz, który za 2007 r. zapłacił 100% nadwykonań za chemioterapię, za rok 2008 zwrócił tylko 30%.
Klinika zaczyna się zadłużać. Ma także problem z pacjentami wymagającymi opieki paliatywnej, których w Lublinie nie ma gdzie umieścić. Pozostają zatem w klinice, gdzie doba hotelowa kosztuje ponad 300 zł. Z dostępności programów terapeutycznych, bardzo rygorystycznych w kwalifikacji do nowoczesnych, drogich terapii, nie jest również zadowolona Maria Majdan, kierownik Kliniki Reumatologii i Układowych Chorób Tkanki Łącznej SPSK nr 4 w Lublinie, konsultant wojewódzki w dziedzinie reumatologii.
- W programach terapeutycznych leczonych jest około 170 osób, mimo że powinno ich być ponad 600 - liczy Maria Majdan. - Na 2009 r. NFZ nie zwiększył dostępu do drogich terapii, co oznacza, że nowi pacjenci nie mają szans. Problemem jest także diagnostyka.
Wielu chorych nie może się przebić poza POZ i pozostaje w zasadzie bez pomocy. Dlatego potrzebujemy w regionie 10 ośrodków nowoczesnej diagnostyki, które kierowałyby pacjentów bezpośrednio do 2-3 klinik referencyjnych.
Niepokoju o dostęp pacjentów do chemioterapii nie ukrywa też Andrzej Mielcarek, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego im. Papieża Jana Pawła II w Zamościu. Placówka od 10 lat prowadzi chemioterapię, która - ze względu na rosnącą liczbę chorych - stała się jedną z przyczyn zadłużenia. Fundusz nie płaci nadwykonań lub płaci po wielu miesiącach. Ostatnio wystosował do lecznicy pismo z przypomnieniem, iż pożądane jest przestrzeganie limitów w tym zakresie.
- O ile dobrze rozumiem, mamy nie leczyć "nadlimitowych" pacjentów onkologicznych, zgłaszających się na chemioterapię - zastanawia się dyrektor Mielcarek. - Mam nadzieję, że to tylko kawałek papieru, że nikt w Funduszu nie bierze tego poważnie - mówi Piotr Krawiec, który także otrzymał list od płatnika.
Jaki szpital, taki sprzęt
Czy szpitale kupujące nowy sprzęt dostosowują zakupy do realnych potrzeb, czy też wydają pieniądze, kierując się chęcią podniesienia prestiżu i własnymi ambicjami? Andrzej Mielcarek uważa, że w spółce możliwa jest wyłącznie wersja pierwsza: - Jeśli mammograf cyfrowy kosztuje 1,2-1,5 mln zł, a spółka uzyska dzięki niemu roczny przychód w wysokości 150 tys. zł, jasne jest, że będzie wolała wydzierżawić pomieszczenie prywatnej firmie - analizuje. - Tak samo będzie z tomografem. W SPZOZ-u firmy docierają do lekarzy, którzy następnie naciskają na dyrektorów w sprawie zakupu. I tu potrzebna jest rozwaga.
Zdaniem Wojciecha Wąsika, zastępcy dyrektora ds. administracyjnotechnicznych Wojewódzkiego Szpitala w Tarnobrzegu, w każdym regionie potrzebny jest koordynator, który mógłby zahamować kupowanie zbędnego sprzętu. Dobrze sprawdza się także powoływanie w lecznicy szerokich komisji do spraw zakupów, ponieważ każdy z jej członków: lekarz, pielęgniarka, salowa - może pomóc w podjęciu decyzji w oparciu o własne doświadczenia i potrzeby.
Warto także zwracać uwagę na cenę i czasochłonność serwisowania i zasięgając informacji, kontaktować się z jak największą liczbą firm.
- Czasem dyrektorzy proszą nas o pomoc w ocenie opłacalności inwestycji, ale często, choć sami wychodzimy z taką propozycją, nie są zainteresowani - podkreśla Wojciech Gruchoła, kierownik regionu spółki Siemens, sektor Healthcare. - Niestety, to prawda, że szpitale kupują sprzęt, który na pewno nie będzie wykorzystany. Bo jaką rację bytu ma 16-rzędowy tomograf w lecznicy powiatowej? Nie ukrywamy cen: pełen pakiet serwisowy takiego urządzenia to 0,5 mln zł, a lampa zużyje się pomiędzy 12. a 24. miesiącem użytkowania. Wielu menedżerów w ogóle nie reaguje na te informacje. Osobnym problemem są standardy Funduszu dotyczące sprzętu.
- Gdybyśmy chcieli ich w pełni przestrzegać, trzeba by zamknąć szpitale - uważa dyrektor Mielcarek. - To kompletna abstrakcja, na którą stać tylko najbogatszych, ale nie lubelskie lecznice. Wymagania NFZ są po prostu efektem lobbingu firm, które chcą jak najwięcej sprzedać. Tyle tylko, że jeśli ich nie spełnimy, Fundusz może odmówić zapłaty za świadczenia. - Czasem ordynatorzy dziwią się, co też dyrektor kupił im na oddział i zapewniają, że do niczego nie jest im to potrzebne - mówi Wojciech Wąsik. - Mogę tylko odpowiedzieć: musiałem kupić, bo co będzie, jak NFZ przyjdzie na kontrolę.
Iwona Bączek








Dodaj komentarz